środa, 26 grudnia 2012

Czy to prawda że?

Książka na zasadzie pytanie - odpowiedź. Trochę przypomina wszelakie naukowe czasopisma. Niektóre pytania są dosyć głupie, za to inne całkiem ciekawe, ze zdecydowaną przewagą tych drugich.

W czasie lektury dowiedziałam się, że parę stwierdzeń, które do tej pory uważałam za prawdziwe są zupełnie niezgodne z rzeczywistością jak np. że zwijanie języka nie jest kwestią dziedziczną albo, że rany goją się lepiej, jeśli są suche.

Tej książki nie czyta się jednym tchem. Układ pytań i odpowiedzi pozwala na sięganie do książki gdy tylko mamy chwilę czasu. To bardzo fajny przerywnik i pozycja po która sięga się mimochodem.

Jeśli ktoś lubi ciekawostki naukowe to na pewno nie rozczaruje go ta lektura.

Pasja Życia - Van Gogh w oczach Stone'a

Są książki, które posiadają w sobie pewną miodność. Ten faktor sprawia, że czyta się je szybko i wyjątkowo przyjemnie. Fascynują strona za stroną, do tego stopnia, że ciężko się od nich oderwać albo robić cokolwiek innego. Często takie książki są zabawą na chwilę, a potem nie pozostawiają za sobą zbyt wiele "wspomnień".

Są też ksiązki ciekawe w swojej istocie, natomiast napisane w sposób, który zmusza do przemyśleń, nie pozwala wyłączyć umysłu i każe się zastanawiać nad każdym zdaniem. Styl, w którym są napisane męczy, ale też fascynuje.

Taka jest Pasja Życia. Nie jest to książka, którą poleciłabym komuś jako przyjemną lekturę. Treść i sposób narracji nie pozwoliły mi przeczytać jej szybko albo z wyjątkową przyjemnością. Czasami wręcz zmuszałam się do przeczytania paru następnych stron.

Sposób przedstawienia historii odzwierciedla toczącą się akcję. W zależności od momentu życia bohatera książki, czyli Vincenta van Gogha, powieść jest albo dołująca, albo czyta się ją z rosnącą fascynacją i chce się dowiedzieć więcej.

Pasja Życia to opowieść o życiu Vincenta van Gogha, malarza, którego nie trzeba przedstawiać czytelnikom. A może jednak trzeba? Bo ja dowiedziałam się, że twórca, którego kojarzę z obrazu słoneczniki oraz cyprysy tak naprawdę zaczynał od smutnych i ciemnych obrazów. Fascynował się losem robotników i chłopów oraz przyjaźnił się ze sławami takimi jak Zola, Toulouse - Lautrec, Gauguin, Cezanne, Rousseau oraz innymi.

Historia Vincenta zaczyna się w Londynie, a kończy się pod Paryżem. Poznajemy życie i charakter van Gogha na przestrzeni 25 lat. Nie jest to bohater, do którego pała się sympatią. Ciągle powtarzane błędy, kochliwość, wybuchowość, pewnego rodzaju życiowa nieudolność... to wszystko denerwuje, a jednak czytamy dalej. Wraz z bohaterem przemierzamy Europę - Anglię, Holandię, Belgię, Francję. Poznajemy różne miasta oraz obyczaje. Autor przedstawia nam sposób patrzenia na artystę przez ludność w miejscach, w których ten przebywa. Od niechęci, przez fascynację, obojętność po całkowitą niechęć i akty przemocy.
Życie Vincenta van Gogha nie było łatwe. Poświęcił swe zdrowie, przyszłość i całego siebie pasji jaką było malarstwo. Nie zniechęcał się mimo braku sukcesów, oporów środowiska w którym przebywał, tworzył mimo głodu i nędzy.

Każdy kolejny opis obrazu, który tworzy Vincent zmuszał mnie to sięgania po album z jego malarstwem albo przeszukiwania Internetu.  Poznałam twórczość Van Gogha z zupełnie innej strony, zainteresowałam się Impresjonistami, również tymi mało znanymi jak Seurat. W końcu zaczęłam szukać informacji o tym, jak Van Gogh osiągnął sławę, gdyż za życia sprzedał tylko jeden obraz.
Malarstwo van Gogha ewoluowało razem z nim. Od niezdarnych ciemnych szkiców, poprzez ponure obrazy z życia chłopów po fascynację impresjonizmem, którą widać w jego kolejnych obrazach do typowego dla niego stylu.
Czytając uświadomiłam sobie, że styl van Gogha na pewno nie podobał się przyzwyczajonym do dużego realizmu odbiorcom sztuki tamtych czasów. Ta wiedza pozwala mi również inaczej spoglądać na sztukę współczesną, teraz lepiej rozumiem fascynację "rewolucyjnymi" dziełami.

To nie jest łatwa książka. Na początku trudno wgryźć się w historię, potem jest jednak coraz łatwiej. Cudowne opisy życia w Paryżu, fascynująca historia różnych malarzy i wreszcie zakończenie, które zmusza do sięgnięcia po inne źródła i zaczerpnięcia dalszych informacji.

Myślę, że warto. A jeśli ktoś interesuje się malarstwem to jest to pozycja obowiązkowa.




sobota, 21 lipca 2012

W kleszczach lęku.... raczej irytacji!

Henry James - W kleszczach lęku

Sprawdzając jeden z portali o książkach natrafiłam na recenzję tej właśnie ksiażki. Autorka recenzji pisała, że jest to świetna powieść o duchach, zupełnie inna od standardowej twórczości tego autora. Do książki lekko miał nawiązywać wyświetlany niedawno w kinach film "Szepty".

To mnie ostatecznie skusiło. Duchy, stare zamczysko, horror? Super!
No i wypożyczyłam.... i super już nie było.

Od razu przyznam, że nie czytałam nic innego Henrego Jamesa. Widziałam tylko ekranizację "Placu Waszyngtona". To było moje pierwsze podejście to twórczości tego autora, jeśli jego pozostałe bohaterki są takie same, jak bohaterka "W kleszczach lęku" pewnie będzie to i ostatnie.

Książka zaczyna się ciekawie. XIX wiek, wieczór, arystokracja albo bogate mieszczaństwo na kolacji i nawiązanie do fascynującej, ale przerażającej historii, która do tej pory nie ujrzała światła dziennego. Historii podobno tak strasznej, że wywrze na wszystkich niesamowite wrażenie.

Do opieki nad dwójką bogatych sierot zostaje wynajęta guwernantka, córka pastora. Najpierw spotyka się z wujem dzieci, fascynującym dla niej Bon Vivantem, który daje jej pracę pod warunkiem, że nie będzie go męczyć jakimikolwiek problemami. Guwernantka przyjeżdza do Bly i... książka traci cały urok.
Pierwszy irytujący moment to fascynacja dziewczynką, którą ma się opiekować - "piękna, cudna, aniołek, cudnej urody, bla bla bla", potem chłopcem -  to samo, a nawet gorzej bo piękniejszy od dziewczynki...
Następnie guwernantka widzi osoby, których nie może być w zamku - duchy? Podejrzewa, że dzieci mają z tym coś wspólnego. Ale jej konfrontacja z nimi przypomina konfrontację 11 latek  z rówieśnikami.

Dialog dorosłej kobiety z 8 latką, albo 13 latkiem wygląda jak tyrada zastraszonego dziecka (guwernantki). Bohaterka próbuje poznać prawdę, ale gdy tylko dotyka jej powierzchni, pytając swoich wychowanków o coś, co mogłoby zaburzyć ich "doskonałość", od razu się kaja, całuje, przytula a potem przeżywa przez kilka stron książki, jak mogła coś takiego powiedzieć.... Gdyby jeszcze to co mówi, chociażby odrobinę było nie na miejscu....

Sama historia nie jest zła. Jeśliby podejść do niej w inny sposób. Z innymi dialogami, innym przedstawieniem bohaterów, mogła by powstać fascynująca powieść z elementami horroru. W obecnej formie ta powieść też jest wprawdzie horrorem, ale czytelniczym....

Szatańskie wersety.... czy aby na pewno?

Zacznijmy od okładki. Jest pusta, czarna z białym tytułem i nazwiskiem autora. Brak tu informacji odnośnie wydawnictwa, czy też tłumacza. Trudno określić, czy to w obawie przed fatwą, czy też jako zabieg marketingowy... Bo marketing ta akurat pozycja ma dobry.

Może to, że nad autorem Salmanem Rushdiem wisi wyrok śmierci sprawiło, że o tej książce jest od lat głośno? Po lekturze, wydaje mi się, że to jedyny powód jej popularności. Dla mnie, typowego mola książkowego, zafascynowanego Sołżenicynem ale kochającego tak samo kryminały, ta książka była zwyczajnie nudna.

W tym roku udało mi się doczytać ją do końca. Było to drugie podejście. Pierwsze miało miejsce parę lat temu, ta sama biblioteka, ten sam egzemplarz tylko trochę inna ja, bo na innym etapie życia. Wtedy czytałam więcej ambitnych książek, uznanych arcydzieł literatury i miałam ochotę spróbować kolejnej, uhonorowanej nagrodą Nobla pozycji. Spróbowałam i porzuciałam po paru stronach.
Teraz wiedząc co mnie czeka, i znając już styl autora (Czarodziejka z Florencji), dałam książce szansę, a przyznaję nie było łatwo.

Sięgając po tę akurat pozycję miałam pewne wyobrażenie o tej powieści. Wydawało mi się, że będzie poważna i obrazoburcza. Że porusza pewne tabu, a zarazem jest fascynująca pod względem literackim. Niestety... to tylko wyobrażenia.

Książka zaczyna się dziwnie. Poznajemy dwie główne postaci  - Gibrila Farisztę i Saladyna Czamczę w dosyć nietypowej sytuacji, otóż spadają oni z wysokości 11km (!) po wybuchu samolotu i o dziwo żyją. Ba, spadają w morze i nic im nie jest... No powiedzmy nic... Jeden "przekształca" się w archanioła, a drugiemu wyrastają rogi, kopytka, szczecina i paskudnie śmierdzi - zmienia się w koźlą postać diabła. To co dzieje się z nimi potem jest pokręcone, dziwne, a całościowo nudne.

"Szatańskie wersety" złożone są z różnych "części". Ciekawe są historie Aiszy - która je motyle i mówi, że przemawia do niej sam archanioł Gabriel i aluzja do historii Mahometa. Właśnie to, co ma być fantastyką jest tutaj ciekawe i czyta się z przyjemnością. Świat, który winien być realny, osadzony w Wielkiej Brytanii jest wszystkim, tylko nie światem realnym. Może jest to metafora, której nie mogę zrozumieć? Pojawiają się anioły, demony, duchy, cuda, kobiety na latającym dywanie.... Prawdziwy świat powraca, gdy bohaterowie pojawiają się w Indiach. Tak, jak gdyby Indie były prawdziwe, a Anglia była snem.

Treści obrazoburcze owszem są. Pojawiają się w aluzji do historii Proroka. W tych częściach, które opisują historie, które czytelnik od razu klasyfikuje jako nierealne.

Powieść jest napisana w stylu, który dla mnie był niezwykle męczący. Za dużo w niej nawiązań i faktów, które są obce dla naszego kręgu kulturalnego. To zapewne wpływa na problem w zrozumieniu tej książki. Akcja momentami jest pogmatwana, później do bólu monotonna. Żadnej z postaci tak naprawdę nie można polubić.

Bardzo zmęczyła mnie lektura tej książki. Zmuszałam się do czytania około 50 stron dziennie, aby w ogóle ją ukończyć. Kilka razy miałam ochotę ją porzucić.
Nie czuję się, jakbym przeczytała arcydzieło. Ta książka nic nie wniosła w moje życie. Nie dała mi zasmakować nowej wiedzy.

Można ją przeczytać. Ale naprawdę są ciekawsze pozycje.

czwartek, 31 maja 2012

Lalki w ogniu - czyli Indie kompleksowo

Paulina Wilk - Lalki w ogniu

Seria "Bieguny" wydawnictwa Carta Blanca (grupa PWN) wydaje lepsze i gorsze pozycje. Ta zdecydowanie należy do lepszych. Nawet pokuszę się o stwierdzenie, że jest najlepsza z książek tego wydawnictwa, które do tej pory przeczytałam. A było ich całkiem sporo.

Do tej książki podchodziłam dosyć nieufnie. Jakoś nie przekonała mnie ani śliczna okładka, ani entuzjastyczne recenzje w prasie. Pewnego razu odwiedzając bibliotekę zobaczyłam, że książka stoi na półce z nowościami. Postanowiłam skorzystać z okazji i sprawdzić co to takiego.
Zaczęłam czytanie i od razu po pierwszej stronie książka mnie wciągnęła.

Forma opowiadania przypominała mi filmy przyrodnicze Davida Attenborough z Panią Krystyną Czubówną jako lektorem.
Autorka stoi zupełnie z boku, nie ma standardowego w literaturze podróżniczej: byłam, widziałam, jadłam, przejechałam, jest relacja z boku, co czyni ten reportaż naprawdę przyjemnym w odbiorze.

Co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, to obiektywne spojrzenie na Indie. Kraj tu przedstawiony jest brudny, ale fascynujący. Autorka nie skupia się na zabytkach, ani na tym co warto w Indiach zobaczyć. Pani Wilk pokazuje życie codzienne ludzi. Nie stroni od rzeczy, o których przewodniki milczą. Opisuje nie tylko rytuały kąpieli, kuchnię albo wygląd sari w zależności od stopnia zamożności i kasty, ale także pokazuje tę drugą stronę, masową defekację, skrajną biedę, brud i brak higieny nawet w najlepszych hotelowych kuchniach.

Książka pozwala czytelnikowi wejść do hinduskiego domu. Wyjaśnia założenia religii, niuanse polityki, pozwala rozpoznać kastę po ubiorze, kusi różnorodnością przypraw i smaków i odstręcza brudem. Po jej lekturze można spojrzeć na Indie z zupełnie innej perspektywy. Do tej pory stykałam się z opisem Indii jako "azjatyckiego tygrysa" z gospodarką w rozkwicie, z indyjską arystokracją, przepychem ślubów  albo kontrastowo z trudnym losem kobiet i potworną biedą. Tutaj jest to wszystko razem, pogłębione, wytłumaczone. Autorka stara się ukazać kraj z perspektywy jego mieszkańców. Tłumaczy różne zachowania, które dla nas europejczyków są dziwne, a dla lokalnej ludności całkowicie zwyczajne.

Reportaż składa się z rozdziałów, które poruszają inne sfery życia codziennego i kultury. Jest rozdział o Hinduizmie, jest o spojrzeniu na biedę, a nawet autorka zaprasza czytelników do alkowy.

Wszystko to tworzy fascynującą pod względem treści lekturę, napisaną przyjemnym stylem i prostym językiem. Nie ma tu patosu, nie ma przesady, jest rzeczowe opowiadanie o tym jak Indie wyglądają, z ich brzydotą i pięknem.

Książkę zdecydowanie polecam.

niedziela, 18 marca 2012

Mordercy w mauzoleach


Na tę książkę trafiłam zupełnym przypadkiem. Rozważałam zakup jej, albo innej książki z tej samej serii w całkiem przyjemnej promocji jednej z sieci księgarń.
Finalnie kupiłam inną książkę, Mordercy w mauzoleach zdobyłam natomiast w lokalnej bibliotece.

Zacznę od tego, że spodziewałam się, że książka będzie na zupełnie inny temat. Nie wiem, czy to tytuł wprowadził mnie w błąd, czy bardzo pobieżna lektura opisu zawartości, ale wydawało mi się, że książka jest o technikach konserwacyjnych i mumifikacji w krajach byłego bloku sowieckiego. Spodziewałam się lektury nt. metod konserwacji mumii poszczególnych przywódców komunistycznych (chyba taka książka też istnieje... ).

Mordercy w mauzoleach
to reportaż z podróży amerykańskiego dziennikarza Jeffreya Taylera, który autor określa jako podróż śladami Kozaków, która kończy się w Chinach. Podróż spajają dwa mauzoleach - Lenina na Placu Czerwonym w Moskwie (które autor ogląda z zewnątrz) i Mao Zedonga na Planu Tiananmen w Pekinie (autor zwiedza je w środku, jako, że Mao nie jest dla niego aż tak realnym i bliskim zbrodniarzem jak Lenin).
Autor to amerykański dziennikarz, który mieszka w Rosji wraz z żoną Rosjanką. Zna nie tylko język rosyjski, ale również turecki i podstawy mandaryńskiego wystarczające mu do komunikacji. Znajomość języków jest zdecydowanie godna podziwu i jak wynika z moich doświadczeń rzadko spotykana wśród większości obywateli USA.

Właściwa podróż zaczyna się nie w Moskwie, a w Rostowie nad Donem, a kończy w Pekinie. Pomiędzy tymi dwoma miastami autor odwiedza m.in. Osetię, Dagestan, Kazachstan (bardzo ciekawy opis przejazdu przez pustynię), Kirigistan i finalnie Chiny. W każdym z tych miejsc stara się spędzić jak najwięcej czasu z miejsowymi, poznać ich obyczaje (im dalej na wschód tym mniej wódki ;) ), ich kuchnię (Pilaw!- ślinka cieknie), rozrywki (imprezy), plany na przyszłość i życie codzienne. Autor podróżuje głównie koleją i opisuje jej uroki jak brak klimatyzacji, specyficznych pasażerów, brak biletów, niespodziewaną nowoczesność albo wyjątkową niewygodę. Innym sposobem podróżowania są taksówki, które biorąc pod uwagę ogromne odległości i często zupełnie dzikie drogi wydają się najlepszym rozwiązaniem w tamtych okolicach.

Na mnie największe wrażenie wywarł opis republik rosyjskich jak Osetii, Kabardio - Bałkarii i Dagestanu. Szczególnie ciekawe są kontrasty tak widoczne w obrębie jednego kraju.

Książkę czyta się dobrze, chociaż wymaga swojego czasu. Na pewno jest to ciekawa pozycja dla osób zafascynowanych Rosją i państwami Azji Środkowej.