sobota, 21 lipca 2012

W kleszczach lęku.... raczej irytacji!

Henry James - W kleszczach lęku

Sprawdzając jeden z portali o książkach natrafiłam na recenzję tej właśnie ksiażki. Autorka recenzji pisała, że jest to świetna powieść o duchach, zupełnie inna od standardowej twórczości tego autora. Do książki lekko miał nawiązywać wyświetlany niedawno w kinach film "Szepty".

To mnie ostatecznie skusiło. Duchy, stare zamczysko, horror? Super!
No i wypożyczyłam.... i super już nie było.

Od razu przyznam, że nie czytałam nic innego Henrego Jamesa. Widziałam tylko ekranizację "Placu Waszyngtona". To było moje pierwsze podejście to twórczości tego autora, jeśli jego pozostałe bohaterki są takie same, jak bohaterka "W kleszczach lęku" pewnie będzie to i ostatnie.

Książka zaczyna się ciekawie. XIX wiek, wieczór, arystokracja albo bogate mieszczaństwo na kolacji i nawiązanie do fascynującej, ale przerażającej historii, która do tej pory nie ujrzała światła dziennego. Historii podobno tak strasznej, że wywrze na wszystkich niesamowite wrażenie.

Do opieki nad dwójką bogatych sierot zostaje wynajęta guwernantka, córka pastora. Najpierw spotyka się z wujem dzieci, fascynującym dla niej Bon Vivantem, który daje jej pracę pod warunkiem, że nie będzie go męczyć jakimikolwiek problemami. Guwernantka przyjeżdza do Bly i... książka traci cały urok.
Pierwszy irytujący moment to fascynacja dziewczynką, którą ma się opiekować - "piękna, cudna, aniołek, cudnej urody, bla bla bla", potem chłopcem -  to samo, a nawet gorzej bo piękniejszy od dziewczynki...
Następnie guwernantka widzi osoby, których nie może być w zamku - duchy? Podejrzewa, że dzieci mają z tym coś wspólnego. Ale jej konfrontacja z nimi przypomina konfrontację 11 latek  z rówieśnikami.

Dialog dorosłej kobiety z 8 latką, albo 13 latkiem wygląda jak tyrada zastraszonego dziecka (guwernantki). Bohaterka próbuje poznać prawdę, ale gdy tylko dotyka jej powierzchni, pytając swoich wychowanków o coś, co mogłoby zaburzyć ich "doskonałość", od razu się kaja, całuje, przytula a potem przeżywa przez kilka stron książki, jak mogła coś takiego powiedzieć.... Gdyby jeszcze to co mówi, chociażby odrobinę było nie na miejscu....

Sama historia nie jest zła. Jeśliby podejść do niej w inny sposób. Z innymi dialogami, innym przedstawieniem bohaterów, mogła by powstać fascynująca powieść z elementami horroru. W obecnej formie ta powieść też jest wprawdzie horrorem, ale czytelniczym....

Szatańskie wersety.... czy aby na pewno?

Zacznijmy od okładki. Jest pusta, czarna z białym tytułem i nazwiskiem autora. Brak tu informacji odnośnie wydawnictwa, czy też tłumacza. Trudno określić, czy to w obawie przed fatwą, czy też jako zabieg marketingowy... Bo marketing ta akurat pozycja ma dobry.

Może to, że nad autorem Salmanem Rushdiem wisi wyrok śmierci sprawiło, że o tej książce jest od lat głośno? Po lekturze, wydaje mi się, że to jedyny powód jej popularności. Dla mnie, typowego mola książkowego, zafascynowanego Sołżenicynem ale kochającego tak samo kryminały, ta książka była zwyczajnie nudna.

W tym roku udało mi się doczytać ją do końca. Było to drugie podejście. Pierwsze miało miejsce parę lat temu, ta sama biblioteka, ten sam egzemplarz tylko trochę inna ja, bo na innym etapie życia. Wtedy czytałam więcej ambitnych książek, uznanych arcydzieł literatury i miałam ochotę spróbować kolejnej, uhonorowanej nagrodą Nobla pozycji. Spróbowałam i porzuciałam po paru stronach.
Teraz wiedząc co mnie czeka, i znając już styl autora (Czarodziejka z Florencji), dałam książce szansę, a przyznaję nie było łatwo.

Sięgając po tę akurat pozycję miałam pewne wyobrażenie o tej powieści. Wydawało mi się, że będzie poważna i obrazoburcza. Że porusza pewne tabu, a zarazem jest fascynująca pod względem literackim. Niestety... to tylko wyobrażenia.

Książka zaczyna się dziwnie. Poznajemy dwie główne postaci  - Gibrila Farisztę i Saladyna Czamczę w dosyć nietypowej sytuacji, otóż spadają oni z wysokości 11km (!) po wybuchu samolotu i o dziwo żyją. Ba, spadają w morze i nic im nie jest... No powiedzmy nic... Jeden "przekształca" się w archanioła, a drugiemu wyrastają rogi, kopytka, szczecina i paskudnie śmierdzi - zmienia się w koźlą postać diabła. To co dzieje się z nimi potem jest pokręcone, dziwne, a całościowo nudne.

"Szatańskie wersety" złożone są z różnych "części". Ciekawe są historie Aiszy - która je motyle i mówi, że przemawia do niej sam archanioł Gabriel i aluzja do historii Mahometa. Właśnie to, co ma być fantastyką jest tutaj ciekawe i czyta się z przyjemnością. Świat, który winien być realny, osadzony w Wielkiej Brytanii jest wszystkim, tylko nie światem realnym. Może jest to metafora, której nie mogę zrozumieć? Pojawiają się anioły, demony, duchy, cuda, kobiety na latającym dywanie.... Prawdziwy świat powraca, gdy bohaterowie pojawiają się w Indiach. Tak, jak gdyby Indie były prawdziwe, a Anglia była snem.

Treści obrazoburcze owszem są. Pojawiają się w aluzji do historii Proroka. W tych częściach, które opisują historie, które czytelnik od razu klasyfikuje jako nierealne.

Powieść jest napisana w stylu, który dla mnie był niezwykle męczący. Za dużo w niej nawiązań i faktów, które są obce dla naszego kręgu kulturalnego. To zapewne wpływa na problem w zrozumieniu tej książki. Akcja momentami jest pogmatwana, później do bólu monotonna. Żadnej z postaci tak naprawdę nie można polubić.

Bardzo zmęczyła mnie lektura tej książki. Zmuszałam się do czytania około 50 stron dziennie, aby w ogóle ją ukończyć. Kilka razy miałam ochotę ją porzucić.
Nie czuję się, jakbym przeczytała arcydzieło. Ta książka nic nie wniosła w moje życie. Nie dała mi zasmakować nowej wiedzy.

Można ją przeczytać. Ale naprawdę są ciekawsze pozycje.

Stulecie - Ken Follet

Kena Folleta znam przede wszystkim z monumentalnych Filarów Ziemi, które śniły mi się w nocy powodując lunatyczne przebudzenia i wyjaśnia...