sobota, 28 grudnia 2013

Andrzej Sapkowski - "Sezon Burz" - czyli Wiedźmin bez jaj

Aby podsumować tą książkę, posłużę się cytatem z niej:

" Dobrego wrażenia - ocenił wiedźmin - jak mi się zdaje, nie wywarłem. Ale i nie oczekiwałem, że wywrę, toteż i rozczarowania nie ma."

Chociaż jednak trochę rozczarowania było i jest.

"Sezon burz" pojawił się na rynku literackim znienacka. Wyskoczył jak diabeł z pudełka i sprawił mi fajną niespodziankę przed świętami.
Lubię książki autorstwa Pana Andrzeja Sapkowskiego, serię o Wiedźminie czytałam jakieś 10 lat temu, potem przeczytałam "Trylogię husycką" więc ucieszyłam się na powrót do tego świata.
Zaczęłam lekturę i im dalej w książkę, tym gorzej.

To nie jest "Wiedźmin" jakiego znałam. Wydaje się, jakby autor próbował upchnąć w książce więcej niż jedną przygodę, co jest pomysłem dobrym, ale realizacja jest chaotyczna i nudna.
Wiedźmin Geralt miota się to tu to tam; dowcipy Jaskra trącą myszką; ciągle wspominanie o Yennefer w zestawieniu z nowymi miłostkami głównego bohatera denerwuje; a język powieści, który w poprzednich częściach nadawał wyjątkowego  smaczku tutaj w większości razi.

Opisywane przygody i rozwój akcji nie powodują, że łapczywie chłonie się tekst i przerzuca kolejne strony, by tylko poznać dalsze losy bohatera.

Przez dużą część książki zastanawiałam się czy kontynuować lekturę, momentami się zmuszałam, w końcu dobrnęłam do końca.
Po beznadziejnej pierwszej połowie potem zrobiło się ciekawiej, ale nie na tyle, że nie żałowałabym przeznaczonego na lekturę tej pozycji czasu.

Słabiutkie 4/10

czwartek, 12 grudnia 2013

Dan Brown - Inferno

Dan Brown pisze książki na pewnym stałym poziomie. Ktoś, kto przeczytał przynajmniej jedną, może mieć pewność, że każda kolejna będzie zbudowana na takim samym albo łudząco podobnym schemacie, będzie napisana prostym językiem, rozdziały będą krótkie a ich zakończenie to typowy cliffhanger zmuszający do kontynuacji lektury. 

Co mamy tutaj?
- Profesora Langdona
- Piękną towarzyszkę profesora, która pozwala mu rozwiązać zagadkę - skąd to znamy?
- Piękne miasto z licznymi tajemniczymi przejściami i zagadkami z poprzednich wieków - tutaj Florencja.
- Dobrą i złą organizację - tak tak, było.
- Szaleńca, który chce zniszczyć świat i zostawia wiadomość, gdzie przedmiot zniszczenia się znajduje, ale mapa do niego składa się z licznych zagadek, które potrafi rozwiązać tylko Robert Langdon....

Brzmi znajomo? Dla kogoś, kto czytał poprzednie książki tego amerykańskiego pisarza, budowa Inferno wpisuje się w typowy dla Browna układ.

"Inferno" to książka prosta w odbiorze.  Chociaż w przeciwieństwie do poprzednich próbuje poruszyć ważny problem, jakim jest powolne przeludnienie świata i zadaje czytelnikowi ciekawą zagadkę: "Czy zabiłbyś połowę ludzkości, gdybyś mógł to zrobić wciskając jeden guzik? (...) A czy zrobiłbyś to, gdyby ci powiedziano, że jeśli go nie wciśniesz, w ciągu następnych stu lat zginą wszyscy ludzie na Ziemi?"
Na tym pytaniu opiera się główny motyw książki i poszukiwanie tytułowego "Inferna" czyli zarazy, która w nawiązaniu do Piekła Dantego miałaby przez częściowe wyniszczenie uratować ludzkość i ziemię.
Temat ciekawy, ale całkowicie położony na zakończeniu książki, które jest słabe.

Dla mnie największym plusem tej pozycji są liczne nawiązania do Dantego, jego życia oraz najwybitniejszego dzieła, jakim jest "Boska Komedia" oraz opisy Florencji z tajemniczymi korytarzami i zabytkami, na które zwyczajnie nie zwróciłoby się uwagi. 
 
Czyta się dobrze, szybko, trudno się oderwać.
Jednak patrząc całościowo jest to pozycja średnia, która wywołuje lekki czytelniczy kac.
 5/10 - dla fanów albo osób, które Browna nie znają.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Polska da się lubić - Steffen Möller - spojrzenie na Polskę i Polaków z boku.

Muszę przyznać Panu Möllerowi, że pisze naprawdę w fajnym i przyjemnym stylu, a jego książki połyka się w jeden dzień.

To moja druga przeczytana przeze mnie książka tego autora, przez to nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak pierwsza, bo jakby nie było pewne wątki się powtarzają i nie są już takie odkrywcze, co nie zmienia jednak faktu, że jest napisana lekko i z humorem.

Autor obserwuje Polskę i Polaków z pozycji gościa. Zachwyca się naszym językiem i pokazuje jak trudna jest nasza gramatyka,  z czego często nie zdajemy sobie sprawy. Pokazuje jakie są plusy naszej polskiej mentalności i czym różni się ona od niemieckiej.
Wreszcie obserwuje nasz kraj i społeczeństwo i podziwia rzeczy, których my nie zauważamy albo których nam czasem wstyd.

To miła i przyjemna książka, która zwraca uwagę na parę zbyt oczywistych, a przez to niezauważalnych plusów naszego kraju i społeczeństwa.

W mojej ocenie 6/10

Marek Krajewski - Rzeki Hadesu

Książki Marka Krajewskiego są niesamowite, każda kolejna jest lepsza od poprzedniej. Gdy wydaje mi się, że autor osiągnął już najwyższy poziom, okazuje się, że kolejna powieść jest jeszcze lepsza.

W Rzekach Hadesu autor porusza wątek pedofilii.
Oto w zrujnowanym Wrocławiu w 1946 roku zostaje porwana 14 letnia córka szefa UB. .
Kilkanaście lat wcześniej w Lwowie miała miejsce podobna sytuacja. Została porwana 14 letnia, upośledzona córka znanego w przestępczym świadku przemytnika. Znaleziono ją zgwałconą i obsypaną białymi kwiatkami o silnym zapachu.

Wrocław i Lwów - dla fanów Pana Marka oznacza to, że wśród bohaterów znajdziemy zarówno Edwarda Popielskiego jak i Eberharda Mocka. Obaj już w podeszłym wieku, poranieni fizycznie i psychicznie przez wojnę ukrywają się we Wrocławiu przed ścigających ich UB. Popielskiego może wydać jedynie jego kuzynka - Leokadia - torturowana w miejscowym więzieniu, Mock został poparzony w czasie wojny i nikt nie wie, jak teraz wygląda.

Właściwy dla książki wątek kryminalny toczy się w Lwowie w 1933 roku, a śledztwo prowadzi Edward Popielski. 
Ale przeszłość powraca i niedokończone dochodzenie należy doprowadzić do końca i ująć zboczeńca, który zagraża małym dziewczynkom, a zarazem może odmienić życie bohaterów.

Tytułowe "Rzeki Hadesu" to metafora losów bohaterów i rzek, które przepływają przez miasta w których żyją. Musieli oni zapomnieć swoje poprzednie życie i przybrać inną tożsamość. Każda z rzek przypisana jest do innego rozdziału, a jej charakter stanowi o jego zawartości.
Czas i burzliwe wydarzenia XX wieku z nikim nie obeszły się łaskawie. Mamy tutaj brud, choroby, tragedię i śmierć, a wszystko to spaja jak zawsze świetny wątek kryminalny, który nie pozwala oderwać się od książki.

To kryminał na bardzo wysokim poziomie. Napisany jest wspaniałym językiem i w genialnym stylu. Jak poprzednio mamy tutaj lwowską gwarę, czystą polszczyznę i wplatane łacińskie sentencje. Każda postać mówi w sposób typowy dla jego miejsca w drabinie społecznej.

Świetny język i styl, porywający wątek kryminalny, niebanalne postaci, genialne oddanie rzeczywistości i cudna "miodność", która sprawia, że trudno odłożyć tę książkę.

Polecam! 9/10




Zamieć śnieżna i woń migdałów - Camilla Lackberg

Jakieś 10 lat temu miałam okazję przeczytać genialny kryminał Agaty Christie pod tytułem "Dziesięciu Murzynków" (tytuł alternatywny I nie było już nikogo), którego akcja miała miejsce na odizolowanej wyspie. Książka była genialna jak przystało na królową kryminału, z rewelacyjną zagadką i napisana świetnym językiem. Nic nie było w niej zbędne.
Czytając "Zamieć śnieżną i woń migdałów" przypomniałam sobie właśnie tamtą lekturę. Też mamy tutaj odizolowaną wyspę i parę trupów.

I na tym w zasadzie koniec podobieństw. Nie wiem jaka była geneza powstania tej mini powieści, która z cyklem o Erice Falck ma wspólną miejscówkę i jednego z policjantów z Tanumshede - Martina Molina.

Całość zaczyna się od przybycia Martina na wyspę, gdzie ma spotkać się ze swoją "dziewczyną" i spędzić święta z jej rodziną. Lisette Liljencron, zaprasza policjanta, aby pokazać swojej rodzinie, że jest już dorosła i mogą przestać traktować ją jak dziecko. Wątek romantyczny między tą dwójką praktycznie nie istnieje, ani jedno ani drugie nie wiąże ze sobą planów na przyszłość ani nie darzy uczuciem.

W trakcie pierwszej kolacji okazuje się, że senior rodu to bogaty miliarder, który jest rozczarowany swoimi dziećmi i zebrał wszystkich, aby móc krytykować ich wybory i wytykać błędy w prowadzonych firmach i życiowych wyborach. W czasie kolacji dziadek nagle pada martwy, a obecny na kolacji policjant - Martin - wyczuwa wydobywający się ze szklanki denata zapach migdałów - czyli cyjanku.

Wyspa zostaje odcięta od świata przez silną zamieć, burzę i skute lodem morze. Pada komunikacja z wyspą, telefony komórkowe nie mają zasięgu i nikt nie może wydostać się ani przedostać się na wyspę.

Całość zapowiadała się ciekawie, ale praktycznie od zgonu seniora rodu powieść straciła cały potencjał. Wątek kryminalny jest tutaj bardzo słaby. Domniemane dowody winy, które u Pani Christie pozwalałyby nam podejrzewać każdego, są całkowicie nieprzekonujące. Martin jako policjant jest nieudolny i nie wie na czym mógłby się oprzeć. Nie jest to detektyw, którego moglibyśmy podziwiać, raczej zachowuje się jak błądzący w mgle i nieudolny amator.

Całość jest przegadana i zwyczajnie nudna.
Za dużo tu dialogów, niepotrzebnych pobocznych wątków, za mało budowanego napięcia i bardzo słabe postaci. Zagadka kryminalna jest przewidywalna i mało odkrywcza.

Wydaje się, że ta powieść pisana była na siłę, tak żeby wydać coś związanego ze świętami.
Dobrze, że było to takie krótkie, bo szkoda byłoby mi straconego czasu.

Bardzo słabe  3/10

piątek, 6 grudnia 2013

"Bolało jeszcze bardziej" - Lidia Ostałowska o Polsce B.

"Bolało jeszcze bardziej" autorstwa Pani Lidii Ostałowskiej to jedna z tych książek, obok których jakiś czas już krążyłam. W tym zbiorze reportaży autorka porusza problemy ludzi, żyjących na marginesie społeczeństwa.  Są to ludzie z małych popegeerowskich miejscowości, bez dobrze płatnej stałej pracy, który starają się przeżyć jak najlepiej za to co mają - a mają nie dużo.

Każdy reportaż porusza inne tematy, są i dawni pracownicy pegeeru, są nastolatki bawiące się w jedynej w okolicy dyskotece, jest kobieta, która zabijała swoje nowo narodzone dzieci, jest młodzież z blokowiska, są kwestie rasizmu a wreszcie jest historia Paktofoniki.

Podoba mi się obiektywny styl autorki. Nie ocenia, nie przyjmuje żadnej ze stron, obserwuje i swoje spostrzeżenia opisuje. W historii matki, która została oskarżona o zabijanie noworodków Pani Ostałowska przedstawia tą tragedię z różnych perspektyw, samej oskarżonej, jej męża, jej rodziny, teściów oraz sąsiadów. 
Całość tworzy historię, w której my jako czytelnicy musimy "wydać wyrok".

Książka pozwala spojrzeć na nasze życie z innej perspektywy, docenić pełną lodówkę, ubrania w szafie, własny dom i samochód, to że ma się pieniądze na kulturę... A zarazem pokazuje przepaść między ludźmi żyjącymi w jednym kraju, nierzadko blisko siebie.

Dobra pozycja, chociaż trochę nierówna.
W mojej ocenie mocne 6/10

Lackberg - Syrenka

W zrecenzowanym niedawno na łamach tego bloga, dosyć nudnym tomie serii kryminalnej Pani Läckberg - Niemiecki Bękart - autorka nawiązuje w paru momentach do kolejnej części w swoim cyklu, do "Syrenki".

"Syrenka" to jedna z najlepszych książek w cyklu, o ile nie najlepsza. Trzyma w napięciu od początku do samego końca, ponadto kończy się świetnym cliff hangerem rodem z najlepszych amerykańskich seriali, tak mocnym, że czytelnik od razu ma ochotę sięgnąć po kolejny tom...

W "Syrence" mamy wątek kryminalny toczący się współcześnie, tajemnicę z przeszłości i wspomnienia z perspektywy dziecka. Napięcie tworzy tu nie tylko wątek kryminalny, potęgowane jest ono przez opowiadaną z perspektywy dziecka historia, a poruszona tu kwestia odpowiedzialnego rodzicielstwa zmusza czytelnika do zastanowienia się nad ogólną wymową książki.

Fjällbacka ma swoją kolejną literacką gwiazdę - bibliotekarza Christiana Thydella, którego debiutancka książka "Syrenka" zbiera rewelacyjne recenzje i cieszy się sporym zainteresowaniem wśród czytelników. Sam autor jednak jest przygnębiony i wycofany. W dniu prezentacji jego książki otrzymuje kolejny liścik z groźbami i mdleje... W międzyczasie zaginął jeden z jego przyjaciół, który po pewnym czasie zostaje znaleziony przez spacerowicza pod lodem... Pozostali dwaj przyjaciele głównego bohatera również otrzymują listy z pogróżkami.

Główne wątki przerwane są historią adoptowanego chłopca i jego nowej rodziny.

Czwórka przyjaciół wie, kto może im zagrażać, żaden z nich nie chce jednak powiedzieć policji prawdy. Patrik i Erika prowadzą każde swoje dochodzenie, Patrik oficjalne policyjne, a Erika prywatne i w końcu udaje im się rozwikłać tą dziwną i przerażającą historię.

Historia kryminalna w tej powieści trzyma w idealnym napięciu, wręcz nie pozwala się oderwać. Początkowo nie wiadomo o co chodzi, bliżej końca można powoli domyślać się zakończenia, które dla czytelnika staje się jasne dopiero pod koniec książki. Tym razem Pani Lackberg udało się stworzyć historię, którą nie tak łatwo odgadnąć.

Mimo sporej ilości wątków obyczajowych nie są one aż tak męczące jak w poprzednim tomie.
Warsztat pisarski autorki i tłumaczenie jak zawsze super.

Bardzo dobry kryminał na ciemne wieczory z kubkiem herbaty.
Dla mnie mocne 7/10

niedziela, 1 grudnia 2013

Camilla Lackberg - Niemiecki Bękart

"Niemiecki Bękart" to piąta część serii książek Camilli Lacbkerg z główną bohaterką Eriką Falck.
Książka jest kontynuacją "cliff hangera" z poprzedniej powieści, w którym Erika znajduje pudło rzeczy jej matki zawierający nazistowski medal oraz zakrwawiony dziecięcy kaftanik.

Sama powieść obraca się wokół zabójstwa Erika Frankla, historyka i specjalisty od nazizmu. Lokalna policja próbuje rozwikłać tą zagadkę, a sprawa morderstwa dziwnie wiąże się z wydarzeniami z czasów końca wojny.
Książka w oderwaniu od poprzednich pozycji w cyklu byłaby ciekawa, ale dla czytelnika trudna do odbioru - zbyt dużo tu nawiązań do historii przedstawionych w poprzednich tomach oraz wątków obyczajowych.

Jeśli chodzi o wątek kryminalny to też nie jest on najwyższych lotów. W moim odczuciu za dużo tutaj pobocznych historii, a za mało trzymającego w napięciu kryminału. Końcówki można się domyślić znacznie wcześniej, a przez to nie jest zaskakująca.
Styl Pani Lackberg jest bez zarzutu. Czyta się ją dobrze, chociaż akurat ta pozycja nie należy do najbardziej udanych.

Moim zdaniem słabsza od poprzednich z cyklu.
Moja ocena to 6/10

niedziela, 17 listopada 2013

Night School - Legacy i Fracture

Jakiś czas temu zrecenzowałam na łamach tego bloga pierwszą część serii "Night School" - "Wybrani" autorstwa C.J.Daugherty.

Krótko po tym sięgnęłam po pozostałe dwa tomy, w błogim przeświadczeniu, że to trylogia i wszystko się wyjaśni... Otóż to nie trylogia, pewnie będzie tom czwarty, a może nawet i piąty.

Allie Sheridan dalej jest w Akademii Cimmeria. Przeżywa problemy w związku z polującym na nią tajnym stowarzyszeniem, przyjaźniami i chłopakami. Akcja momentami wlecze się niemiłosiernie, by przyspieszyć, osiągnąć jakiś punkt krytyczny i znowu opaść.
Po lekturze trzech książek zaczynam zauważać pewien schemat, wg. którego są zbudowane.

Czyta się je przyjemnie.
W "Legacy" - w PL wydane jako Dziedzictwo - Allie spędza wakacje u rodziców, ale po próbie poznania czym prędzej wyjeżdża do Rachel a finalnie do Cimmerii. Szkoła po pożarze w poprzedniej części musi  zostać odnowiona i częściowo odbudowana. Związek Alli i Cartera kwitnie (na szczęście nie za długo). Allie wstępuje do nocnej szkoły i poznaje tajniki samoobrony, które uratują jej życie.

Pojawiają się nowi bohaterowie i dowiadujemy się prawdy o babci Allie.



W "Fracture" - w PL jeszcze nie wydane - Allie przechodzi okres buntu po dramatycznych wydarzeniach z końcówki poprzedniego tomu. Dotyka jakby dna, aby powrócić jako nawrócona i grzeczna uczennica. W dalszym ciągu trwa terror Nathaniela a Allie nie wie, czy kocha Cartera czy Sylvaina.

Dużym plusem jest brak jakichkolwiek elementów paranormal romance. Zamiast wampirów, jest tu jednak ogromna władza i ogromne pieniądze, więc niestety nic odkrywczego.
Rozwój akcji momentami trafia w ślepe uliczki, które autorka porzuca - albo na później jako wskazówki, jak podejrzewam, albo z braku pomysłu na ich rozwinięcie.
Tajemnica Cimmeri nie jest tak wstrząsająca, jakby mogło się to wydawać, a zdarzenia dramatyczne tak nawarstwione, że powoli obojętnieją.

Czasami rozwój akcji jest na przekór logice - Raj Patel i jego podobno profesjonalna ochrona, dziwne pojawienia się Nathaniela o których nikt nic nie wie, cel Nathaniela jakim jest porwanie Allie.....

Końcówka nie przynosi rozwiązania, a tylko stanowi lekki cliffhanger do części kolejnej.
Czyta się dobrze, ale jeśli chodzi o ocenę to nie więcej niż 5.5/10.

"Bracia Sisters" - dawno temu na Dzikim Zachodzie

To co przykuło moją uwagę do książki Patricka DeWitt to okładka. Genialna w swojej prostocie, a zarazem intrygująca. Dobrze, że polski wydawca nie zmieniał jej, tylko wydał książkę w tej samej szacie graficznej.

Sama treść książki, to już nie do końca "moja bajka". Ostatni książkowy western jaki czytałam to trzy tomy "Winnetou" Karola Mai'a pochłonięte gdy miałam około 12 lat.
Nie przepadam za westernami. Panowie ze spluwą walczący z Indianami, albo broniący małych, zapyziałych mieścinek z nieodłącznym saloonem, położonych w żółto - beżowym krajobrazie nigdy nie wywoływali u mnie ekscytacji.

Akcja książki toczy się w 1850roku. Bohaterami są bracia Eli i Charlie Sisters, znani na całym zachodzie USA płatni mordercy, a zarazem bardzo sprawni rewolwerowcy. Narratorem jest Eli Sisters, który opowiada o ostatniej przygodzie braci.
Rozwój akcji przypominał mi film "To nie jest kraj dla starych ludzi" - pewien maraz z szybką akcją co jakiś czas.

Bracia udają się z Oregonu do San Francisco aby wykonać ostatnie zlecenie. Po drodze mają parę przygód, w których objawia się brutalna natura Charliego i coraz większe człowieczeństwo i tęsknota za spokojnym życiem Eliego.

Końcówka jest zaskakująca, a bracia przeżywają swoiste Katharsis i wracają do domu matki.

Czytało się dobrze, ale "beznamiętnie".
To nie jest pochłaniająca powieść. Warsztatowo bez zarzutu, akcja momentami też ciekawa, ale bez efektu "wow".

5/10

poniedziałek, 4 listopada 2013

Steffen Möller - "Berlin - Warszawa - Express. Pociąg do Polski."

Kiedyś w krakowskim Goethe Institut stałam obok Steffena Möllera w odległości 1,5m. Przekomarzał się i żartował sobie z uroczymi Paniami bibliotekarkami.
Wtedy, znałam tego Pana tylko i wyłącznie z programów telewizyjnych, na które patrzyłam tzw. jednym okiem, gdy akurat coś potrzebowałam od rodziców - wiernych fanów "Europa da się lubić". 
Na żywo wydał się bardzo sympatyczną osobą.

Po "Berlin - Warszawa - Express" sięgnęłam zupełnie przypadkiem. Akurat był dostępny w lokalnej bibliotece i rzucił mi się w oczy. Pamiętałam też, że mój kuzyn z Niemiec zachwycał się poprzednią książką tego autora.

Powiem tak, nie spodziewałam się takiej fajnej i pełnej ciekawych informacji książki. Podróż pociągiem EuroCity relacji Berlin Główny - Warszawa Wschodnia stanowi dla autora bazę do przemyśleń na temat różnic pomiędzy Polską i Niemcami, oraz odmiennych zachować, jak i postrzegania świata przez obywateli tych dwóch państw.

Dla mnie, jako osoby mocno związanej z kulturą i językien niemieckim, ta pozycja to źródło cennych informacji, z których o wielu wprawdzie wiedziałam z własnego doświadczenia, ale nikt wcześniej nie zebrał ich w jednym miejscu.

Autor analizuje zachowania polskie i niemieckie, pokazuje gdzie mogą pojawić się punkty zapalne w codziennych relacjach, które zupełnie niewinnie wynikną z innego postrzegania świata i wpojonego od dziecka sposobu postępowania.
Analizuje zjawiska jak niemieckie i polskie skąpstwo, niemiecką manię planowania i polską spontaniczność, a nawet odmienny sposób trzymania widelca.
A do tego całość napisana jest przyjemnym językiem, ilość informacji nie przytłacza, a statystyki oraz pewne fakty podane są przystępnie i ciekawie.

Dla osób, które znają język niemiecki, mają na co dzień do czynienia z Niemcami albo sympatyzują z kulturą naszego zachodniego sąsiada to pozycja "Must read".

Dla mnie to bardzo mocne 8/10 i z dużą przyjemnością ją wszystkim polecam! :)

"Milcząca dziewczyna" - Tess Gerritsen

Jak już raz wspomniałam na łamach tego bloga, Tess Gerritsen jest moją ulubioną autorką z gatunku thrillera medycznego. Jej książki to doskonali kompanii podróży oraz wieczorów, gdy można rozkoszować się trzymającą w napięciu, dobrze napisaną powieścią.

"Milcząca dziewczyna" to kolejna z serii przygód detektyw Jane Rizzoli oraz patolog Maury Isles. Kolejna, która lekko nawiązuje do poprzednich, więc można ją czytać jako osobną pozycję. Można, choć dla fanów tej serii nie polecam - mi zdradziła zakończenie poprzedniej części, której nie miałam jeszcze okazji dorwać w moje łapki.

Napisana jest dobrze. Typowym dla autorki stylem, z krótkimi rozdziałami, prostymi zdaniami i tłumaczeniem zawiłych kwestii związanych z medycyną sądową - chociaż tutaj było ich bardzo mało. Czyta się przyjemnie i pozwala się wyłączyć - i bardzo dobrze, bo około 100 stron przeczytałam stojąc w malutkim busiku relacji Katowice - Kraków.

Fabuła nawiązuje do zbrodni, która wydarzyła się w bostońskim Chinatown 19 lat wcześniej, gdy szalony kucharz wymordował obsługę i gości restauracji, a następnie sam popełnił samobójstwo.
W każdą rocznicę zbrodni, osoby w jakiś sposób przez nią poszkodowane otrzymują neurologii krewnych, którzy wtedy zginęli oraz dziwnie brzmiące listy, że tajemnica nie została rozwiązana.

W tej części jest bardzo mało faktów medycznych. Patologia pełni tu rolę mało ważnego tła. Główny nacisk położony został na badanie śladów z przeszłości i łączenie pozornie niezwiązanych informacji. Pozycja została okraszona chińskimi zwyczajami, wierzeniami, bajkami, oraz w dużej mierze sztuką walki.

Mimo całkiem zgrabnego poprowadzenia akcji cała pozycja lekko rozczarowuje. Dałam jej ocenę 6/10, gdyż spodziewałam się czegoś lepszego po tej autorce.
Niemniej, dla fanów serii jest warta polecenia.

Ostatnie rozdanie - Wiesław Myśliwski

Ten Post jest trochę nietypowy. Nie został napisany po przeczytaniu książki i nie jest to podsumowanie całości. Jest pisany na gorąco, przy kolejnych etapach czytania. Zawiera w sobie pewien chaos, który typowy jest również dla tej powieści.

Gdy mój M. mnie zapytał o czym jest "Ostatnie rozdanie" nie byłam w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Najłatwiej określić temat książki jako gawędę o życiu.
Myśliwski nie pisze książek, które da się włożyć w odpowiednie ramki i ulokować czas zdarzeń wg. chronologii. Tak jak "Traktat o Łuskaniu Fasoli" jest opowieścią starszego już mężczyzny o jego życiu. Nie zaczyna od narodzin, nie trzyma się chronologii, nie przedstawia się. Opowieść jest chaotyczna, jak rozmowa lub monolog. Teraźniejszość sięga do dzieciństwa, by przejść w wiek dojrzały i wrócić do młodości. 
Nie ma tu akcji następującej po sobie, ani określonego czasu. Jest życie i opowieść o nim.

"Ostatnie rozdanie" jest lekko melancholijne. Klimat jest dosyć przytłaczający. Bohater gubi się w odmętach pamięci, nie jest w stanie przypomnieć sobie nazwisk albo dopasować je do twarzy. Wspomina ludzi, z którymi zetknął się w życiu i których adresy zapisał w rozsypującym się notesie. 

Bohaterowie, którzy przewijają się przez książkę są czasem irytujący, bardzo ludzcy.

Sam główny bohater charakteryzuje się brakiem odwagi do podejmowania decyzji i brakiem konsekwencji, jest niestabilny i niepewny, a jedynie zmiana przynosi mu chwilową ulgę. Snuje myśli o tym jakie życie mogłoby być, gdyby zrobił coś inaczej

Chronologia tutaj nie istnieje. Postaci pojawiają się i znikają. Powtarzają się tylko nieliczne osoby, które są portretowane na różnych etapach życia. Bohater próbuje przypomnieć sobie swoje życie przewracając kolejne strony notesu. Napotyka na nazwiska ludzi, z którymi sam nigdy nie miał styczności, a które zostały mu jakby narzucone. Dziś nazwalibyśmy to kolekcjonowaniem znajomych.
Natomiast w notesie brak osoby, która jakby wytyczyła życie głównego bohatera swoją nieobecnością - jego ojca. O rodzicu dowiadujemy się w strzępkach informacji, gdyż sam bohater nigdy go nie poznał i nie ma o nim wspomnień.

Osobną postacią jest Maria, która pisze do bohatera listy. Byli w związku gdy mieli po naście lat. Związek ten rzucił cień na całe życie Marii, która przeżywa go ciągle na nowo, mimo posiadania absorbującej pracy i rodziny, o których wspomina w swoich listach. Jakby nie istniała bez adresata jej listów. Uparcie pisze je i wysyła na coraz to nowe adresy, mimo że nigdy nie otrzymuje odpowiedzi.
W pewnym momencie wydaje się, że postać Marii jest urojona, a treść jej listów to projekcja myśli bohatera, który dopisuje sobie własne historie do zdarzeń, z których z nadmiaru tchórzostwa się wycofał.

Ostatnie rozdanie to książka piękna literacko. Każde zdanie nadawałoby się na cytat. Każda myśl zawiera w sobie sporą dozę emocji.
Dla mnie jako czytelnika jednak, była to pozycja bardzo męcząca. Obok kunsztu pisarskiego ważne jest również to czy chce się wracać do książki, czy nie można się od niej oderwać. Ja odliczałam strony do końca, gdyż nie lubię porzucać zaczętych pozycji. Mogę jedynie sparafrazować "Ferdydurke"  - Jak się podoba, kiedy mi się nie podoba?

Mimo, że niektórzy uznają to za bluźnierstwo, ogólne wrażenie jakie zostawiła na mnie ta książka, w porównaniu do innych tego autora i z tego gatunku nie pozwala mi ocenić jej na więcej niż 6
/10.
Niestety, gdyż uwielbiam Myśliwskiego i bardzo czekałam na ten tytuł.

środa, 30 października 2013

"Z chirurgiczną prezycją" Błażej Przygodzki

Jestem wierną fanką Thrillerów medycznych. Do moich ulubionych autorów w tym gatunku zaliczam Tess Gerritsen oraz Robina Cooka, od którego książek zaczęła się dla mnie przygoda z tym właśnie gatunkiem literackim.

Bardzo się ucieszyłam, że w końcu również została wydana książka polskiego autora, który wpisuję się w tą konwencję.
Pozycja Pana Błażeja Przygodzkiego pt. "Z chirurgiczną precyzją" jest lekturą, po którą zdecydowanie warto sięgnąć.

Nie nazwałabym tej książki jednak thrillerem medycznym, zdecydowanie bliżej jej do kryminału z elementami medycyny. Akcja toczy się jakby dwutorowo - z jednej strony mamy przestępstwo i próbujemy zidentyfikować sprawcę - co buduje napięcie. A z drugiej strony, wiemy kim jest sprawca innego wykroczenia, natomiast obserwujemy jego błędy i proces osaczania go. 
Równorzędnymi bohaterami są lekarz kardiolog oraz komisarz wydziału zabójstw. Nie współpracują, bardziej działają jako antagoniści.

Akcja toczy się głównie we Wrocławiu. Sposób w jaki książka została napisana przypomina mi doskonały cykl Pana Marka Krajewskiego.

Zdecydowanie warto sięgnąć po tę pozycję.
Oceniłam na ocenę bardzo dobrą - 7/10

Alice Munro - Uciekinierka

Sięgnęłam po Alice Munro,
zanim dostała nagrodę Nobla w tym roku.
Już od jakiegoś czasu byłam zainteresowana, jak pisze Pani, której książki co jakiś czas znajdują się na szczycie list bestsellerów popularnych księgarni.

"Uciekinierka" nie była świadomym wyborem, raczej przypadkiem - jedyna dostępna w bibliotece "na już". Jest to zbiór opowiadań o kobietach. Znakomita większość nie jest z sobą w żaden sposób powiązana, natomiast trzy opowiadania stanowią dalsze losy historii jednej kobiety - te trzy spodobały mi się najbardziej.

Nie jestem fanem krótkiej formy. Preferuję długie powieści, tudzież reportaże. Po opowiadania sięgam rzadko i trudno mi je ocenić w porównaniu z innymi lekturami.
Na pewno Pani Munro ma dobre pióro. Każde z opowiadań czyta się szybko.

Autorka pokazuje kobiety, które muszą dokonać pewnych wyborów. Jej bohaterki są silne, mimo przeciwieństw losu. Mężczyźni odgrywają tu rolę tła w historii kobiet.
Niektóre z opowiadań są lepsze, wywierają mocniejsze wrażenie i sprawiają, że można je zapamiętać, inne są słabsze.

Była to przyjemna lektura, którą oceniłam na 6/10.
Nie planuję szybko wracać do kolejnych pozycji tej Pani. W kolejce czekają ciekawsze książki.


Wybrani - Daugherty

Przeczytałam "Wybranych" jako przerywnik dla "Ostatniego Rozdania" Myśliwskiego. Czasem, gdy czytam książkę, która jest trudna i wymaga maksymalnego skupienia, a mimo to dalsza lektura idzie opornie, potrzebuję odskoczni.

Taką idealną odskocznią jest właśnie pozycja "Wybrani".
Zwróciłam na nią uwagę już jakiś czas temu, gdy pojawiła się w nowościach Znaku (przy okazji okładka jest okropna).

Bohaterką książki jest Allie Sheridan, która przeżywa załamanie po tajemniczym zniknięciu brata, który był jej bratnią duszą. Allie łamie po raz kolejny prawo i daje się złapać policji. Jej rodzice z bezsilności wobec wybryków córki wysyłają ją do Akademii Cimmeria - elitarnej szkoły z internatem położonej na skraju cywilizacji. W szkole nie ma komórek, telewizji ani komputerów a uczniów obowiązuje surowy regulamin.
W szkole działa dodatkowa organizacja - Nocna Szkoła, o której niewiele wiadomo i która ma być utrzymywana w tajemnicy.

Akcja powoli się rozkręca. Mamy tutaj typowy zabieg większości książek dla nastolatków. Nowa uczennica stanowi obiekt zainteresowania innych uczniów, jedni od początku jej nie lubią, inni próbują się zaprzyjaźnić, a dwóch przystojnych chłopaków wyraźnie żywi do niej pewne uczucia.
Dalszy rozwój akcji jest typowy dla innych książek tego rodzaju - przystojny chłopak, drugi chłopak, który próbuje nawiązać lepszy kontakt, dziwna przyjaciółka, dziwne miejsca oraz dziwne zdarzenia.

Nie jest to nic odkrywczego. Bohaterowie są raczej płascy i przewidywalni. Ich postępowanie często kłóci się z logiką - typowi nastolatkowie. Niektóre wydarzenia są przerysowane, a inne zupełnie niepotrzebne. To co jednak trzyma w napięciu i sprawia, że chętnie sięgamy po tę pozycję, to tajmnica szkoły, pochodzenia Allie oraz dziwnych wydarzeń, które są z nią związane.
Czyta się dobrze, gdyż jest napisana prostym językiem. 

Spokojnie mogę ocenić na 6/10 jako ciekawy przerywacz dla poważniejszych lektur.

wtorek, 8 października 2013

Syn Zarządcy Sierocińca - codzienność w KRLD

Koreańska Republika Ludowo - Demokratyczna to kraj w pewien sposób egzotyczny. Reżim komunistyczny, który bezwzględnie trzyma się do dziś, a każdy kolejny "Kim" wydaje się bardziej zaciskać pętle, niż ją poluzowywać.
Nie jestem politologiem, ale pewnie jak wielu ludzi miałam cichą nadzieję, że jak władzę przejmie wykształcony w Szwajcarii Kim Dzong Un, to otworzy swój kraj na świat... Wydaje się, że robi on dokładnie coś przeciwnego dodatkowo "potrząsa szabelką" i ściąga na swoje wyniszczone państwo kolejne sankcje.

"Syn Zarządcy Sierocińca" Adama Johnsona to pozycja, która otrzymała tegoroczną nagrodę Pulitzera. Nie jest to reportaż, a powieść opisująca życie w Korei Północnej. Głównym bohaterem jest tytułowy "Syn zarządcy sierocińca" Chun To.
Wbrew informacjom na okładce, opis życia Chun To w sierocińcu jest bardzo krótki. Autor poświęca więcej czasu jego działalności pseudowojskowej jak porywania ludzi w Japonii, nasłuchiwanie na statku, krótka sława bohatera i wyjazd do USA a wreszcie pobyt w więzieniu i dalsze losy już jako Komendanta K.

Opisanie życia Chun To nie stanowi sedna książki. To co jest naprawdę interesujące to cała otoczka i te wiele absurdalnych sytuacji, które zmuszają czytelnika do zastanowienia, czy to może być jeszcze realne czy to już całkowita fikcja.
Korea Północna to kraj, w którym nikt oprócz samego "Ukochanego Przywódcy" nie może czuć się bezpieczny. Spokój i pewność jutra nie są zagwarantowane ani mieszkańcom wsi, ani generałom lub ministrom. Za banalne przewinienia przewidziane są straszne kary.
Nie ma miłości, bo żony się wybiera, a jeśli mąż zginie lub zostanie uwięziony otrzymuje się zastępczego. Nie ma zaufania do nikogo, bo nawet własne dziecko jak Pawlik Morozow może donieść na rodziców.
Miejsce pracy ani zamieszkania nie daje poczucia bezpieczeństwa. Czy jest się zwykłym pracownikiem fabryki czy śledczym, każdy może zostać zgarnięty z ulicy i zabrany na przymusowe roboty.

Ten kraj to jedno wielkie więzienie. Zamknięty na świat, nie tylko przez granice ale też przez kulturę. Nie przepływają tu myśli zachodu, chyba, że zatwierdzone przez władzę, a obywatele nie mają prawa do własnych opinii.

Chun To wielokrotnie ma możliwość ucieczki z tego więzienia i poczucia wolności, a jednak za każdym razem wybiera dalsze życie pod kloszem. Widzi jak może wyglądać wolność i inne życie, a jednak i tak wraca do znanego, chociaż okrutnego świata.

"Syn zarządcy sierocińca" nie jest prostą książką. Czyta się ją długo i powoli. Jest przygnębiająca, momentami potworna, momentami absurdalnie śmieszna. Dla nas wiele sytuacji, które dla Koreańczyków są chlebem powszechnym stanowi kuriozum.
Na pewno chętnie sięgnę po inne pozycje dotyczące Korei Północnej.

Za to samą książkę oceniam na 6/10 i daje jej notę dobry -

piątek, 20 września 2013

"Cień templariusza" Nuria Masot - niewykorzystany potencjał

Lubię kryminały i książki historyczne. Templariusze sami z siebie są fascynujący. Więc połączenie tych trzech faktorów zapowiadało czytelniczą ucztę i parę przyjemnych godzin. Tymczasem trafił mi się wyjątkowy książkowy przeciętniak z kiepską akcją, irytującymi bohaterami i fajną końcówką, która pokazuje jak bardzo autorka zmarnowałam potencjał tematu, który sama poruszyła.

Postaci są proste i przewidywalne. Kryminału nie ma tu prawie wcale, no dobrze może trochę na początku. To co mogło być ciekawe, zostało okrojone i przytłoczone przez inny wątek. Naprawdę ciekawe są ostatnie dwie strony, gdyby one zostały rozbudowane i na nich oparłaby się książka, byłaby to naprawdę wciągająca powieść.
To taki pseudohistoryczny pseudokriminał. Pseudo, gdyż oprócz osadzenia akcji w średniowiecznej Barcelonie i wybraniu na bohaterów templariuszy ja nie doszukałam się prawie niczego, co odwzorowałoby epokę. W książkach historycznych oczekuję opisu ubrań, potraw, budynków, życia. Tutaj wyglądało to tak, jakby autorka wzięła mapę średniowiecznej Barcelony i zaczęła w niej umieszczać akcję, pamiętając o wyrzuceniu adidasów, pistoletów i telefonów.

Część zagadkowa, czyli poszukiwanie tajemniczej paczuszki wiezionej przez Bernarda Guills jest ciekawa tylko do pewnego momentu, potem jest wytłumiona przez drugi, równorzędny wątek poszukiwania "Cienia".
Bohaterowie, na początku ciekawie rozbudowani po pierwszych rozdziałach są wyjątkowo płascy, powiedziałabym że wręcz denerwujący.

Spodziewałam się czegoś znacznie lepszego, pierwsze rozdziały zapowiadały niezłą rozrywkę, tymczasem finalnie trafił się nędzny przeciętniak.

4 na 10 i absolutnie nic więcej.

Nasz Mały PRL

Na początku lipca tego roku narzekałam mojej przyjaciółce na czytelniczy kryzys, gdyż byłam mocno zmęczona lekturą porażająco nudnego "Złego" Tyrmanda, Klimat PRL super, ale akcja "Złego" to flaki z olejem....

Moja przyjaciółka poleciła mi właśnie "Nasz mały PRL", a że leżał u mnie na półce, kupiony parę miesięcy wcześniej okazał się właśnie taką lekturą, jakiej potrzebowałam, aby mieć odskocznie od książki Tyrmanda, a jednocześnie pozostać w klimatach komunistycznej Polski.

"Nasz mały PRL" to trochę nietypowy reportaż. Izabela Meyza oraz Witold Szybłowski, wraz z ich córeczką planują spędzić pół roku w PRL, a dokładniej po długim namyśle w początku lat 80tych, czyli w czasach stanu wojennego.
I tu pojawia się pierwsze pytanie - Jak niby mają zamiar przetransportować się 30 lat do tyłu?

Jak się okazało, mieli całkiem niezły pomysł, na podróż w czasie.
Najpierw wynajmują mieszkanie - nieremontowane od lat 80 w po PRLowskim osiedlu w odległej od centrum dzielnicy Warszawy. Do mieszkania otrzymują komplet rzeczy z lat 80tych, które leżały u znajomych. Obok pralki Frania, Wańki-wstańki dla dziecka są koszule non-iron, bielizna z PRL a nawet 30 letnia kawa Społem. W czasie trwania "eksperymentu" do gadżetów z PRL dołącza również "Maluch".

Przenosiny w czasie wiążą się z odcięciem od udogodnień współczesnego życia. Nie tylko komórki i komputer idą w odstawkę. Tabu obejmuje współczesne smakołyki, potrawy, ubrania, kosmetyki a nawet podpaski.
Bohaterka robi sobie na głowie trwałą, a bohater zaczeskę oraz zapuszcza wąsa. Używają kosmetyków dostępnych w PRL, więc kremu Nivea, wody toaletowej Brutal, a także środków czyszczących które były w tamtych czasach.
Bohaterka gotuje wg. ówczesnych książek kucharskich, a jeśli przypadkiem wbije zbuka do ciasta - nie szkodzi, tatuś zje jak mu nic nie będzie może i ona i córka :)
Zmieniają się nie tylko zewnętrznie, ale również chcą zmienić swój sposób bycia i zachowania. Próbują poznać sąsiadów, udając się ze szklanką do ich mieszkań i prosząc o cukier. Często natrafiają na mur, gdyż ludzie pamiętający poprzednią epokę, zupełnie wyparli typowe dla niej proszenie o cukier na rzecz wszechobecnej podejrzliwości pt. "co oni ode mnie chcą". Spotkania towarzyskie ze znajomymi też przebiegają w klimacie PRL - dużo rozmów między ludźmi, kontakty bezpośrednie, a nie przez telefony.

Zmianie ulega kuchnia, a nawet opieka zdrowotna. Jak dopasować styl PRL do współczesności? Gotować potrawy popularne w latach 80tych, kupować tyle mięsa na ile był przydział, w sklepach kupować tylko szary papier i go "porcjować". A opieka zdrowotna? Znaleźć lekarza po znajomości, do tego takiego, który pamięta poprzednią epokę.

Jaki wniosek z tego reportażu? Czasy były ciężkie jeśli chodzi o codzienne życie - za tłusta kuchnia, niedopasowane kosmetyki, kiepskie materiały i mało ubrań, trudno cokolwiek załatwić i kupić. Ale były zupełnie inne, stwierdzę nawet że lepsze, jeśli chodzi o sposób komunikowania się między sobą i relacji międzyludzkich. Chociaż, kobiety miały trudniej niż dziś bo nie istniało coś takiego jak związki partnerskie, a facet musiał być macho i nie schylił się do poziomu sprzątania domu.

Wtedy więcej rzeczy robiło się wspólnie. Imprezy ze znajomymi wyglądały inaczej. Wypady wakacyjne były inne.
Pamiętam, jak jako dziecko obserwowałam przez lornetkę imprezy latem nad brzegiem jednego z okolicznych stawów. Ciągłe ogniska, zabawy, radosne śmiechy i okrzyki, skakanie z drzewa do wody, pływanie. Tak bawiła się młodzież jeszcze na początku lat 90tych. Czekałam, aż sama będę miała tyle lat, aby również dołączyć do tego grona. W niedziele mieszkańcy okolicznych miejscowośći tłumnie pojawiali się nad stawami, z ich koszami piknikowymi, materacami i wszyscy spędzali dzień nad wodą. Czuło się wspólnotę, radość ze słonecznych dni i pięknej pogody.

Gdy miałam tyle lat, aby dołączyć do młodzieży, już jej nie było. Skończyły się wypady nad wodę. Skończyły imprezy nad stawem do rana.
Zmieniły się czasy. Nie chciałabym żeby wrócił PRL, ale nostalgia za tym międzyludzkim ciepłem pozostała.

A sama książka, to mocne 8/10. Godna polecenia pozycja, dla mnie jedna z "Must Read"


sobota, 7 września 2013

Zabawa w Boga - Pod kopułą - Stephen King

Koniec 2012 a początek 2013 miał przynieść zapowiedaną przez Majów apokalipsę. Mimo, że nie wierzę w teorie o końcu świata ani szalone proroctwa bałam się jednego - tematu, który poruszały gazety naukowe - burz słonecznych, które mogłyby cofnąć naszą cywilizację paręset lat w tył. Wyobrażacie sobie życie bez prądu? Dzisiaj? Ja niestety nie....

Nie chodzi tylko o rozrywki. Można przeżyć bez internetu, można bez telewizji. Ale jak przetrwać w domach, które są ogrzewane tylko dzięki temu, że istnieje prąd (piece centralnego ogrzewania też potrzebują prądu, nowoczesne aby działać, a starego typu muszą mieć pompy, które jak serce pozwalają na obieg ciepła w domu). Jak ugotować jedzenie, skoro kuchenka jest na prąd? Jak wyprać pranie, wysprzątać podłogi...... Nie wiadomo. To już nie dla nas, nie dla ludzi ery elektronicznych pomocników w domu i nowoczesnych gadżetów.

A gdyby nas zamknięto nagle w kopule, odcięto prąd, a do tego kontakt ze światem, dostawy żywności, ba nawet wodę i powietrze to co? I nie można by uciec, ani wyjechać ani nie wiadomo skąd to się wzięło. Jak byśmy się zachowali? Spokojnie? Nie! To byłaby apokalipsa! Więc pytanie - dlaczego mieszkańcy Chester Mill, książki Kinga "Pod kopułą" są tacy spokojni???? Tego nie mogłam zrozumieć w ciągu całej lektury.

Miasteczko Czester Mill - oczywiście w stanie Maine, bo gdzieżby indziej, ma kształt buta. Zamieszkuje go około 2000 osób. Jest tam szpital, sklep spożywczy Food and Co oraz drugi mniejsze Gas and Grocery, jest sklep Renniego Burpego, w którym kupić można prawie wszystko, apteka oraz komis samochodowy Jima Renniego - zwanego Dużym Jimem. W miasteczku jest Pub u Dippera, restauracja Sweebriar Rose i redakcja lokalnej gazety - Democrata prowadzonego przez wnuczkę założyciela Julię Shumway. Są też dwa kościoły - jeden prowadzony przez już niewierzącą Piper Libby oraz drugi, gdzie pastorem jest biczujący się za gustowanie w młodych, gołych Azjatkach pastor Coggins.

Pewnego jesiennego dnia nagle wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. Miasteczko zostaje odcięte od świata - dosłownie. Nagle znikąd pojawia się kopuła. Rozcina ona zwierzęta i ludzi i powoduje kilka spektakularnych wypadków. Jest przezroczysta, ale prawie nieprzepuszczalna dla powietrza i wody. Ciągnie się wiele metrów w dół i parę tysięcy w górę.
Pada prąd, ale ludzie włączają generatory. Nikt nie biegnie uzupełniać zapasów, nikt nie panikuje że to koniec świata - nie! Oni żyją sobie spokojnie dalej, przynajmniej przez pierwsze dni.

W momencie odcięcia rozpoczyna się zabawa w Boga. Prawie każdy z bohaterów bierze w niej swój udział. Każdy upaja się częścią władzy którą dostał.
To nie jest tak, że dobrzy bohaterowie nie dają się jej zepsuć. Też mają swoje winy.
Władza jest uzależniająca, więc Jim Rennie - Duży Jim, nagle pragnie zawładnąć całym miastem i cieszy się (!!!!) z pojawienia się kopuły, bo dzięki temu nikt z zewnątrz nie będzie się do niego wtrącał. Powołuje policję złożoną z miejscowej młodzieży, którą władza upaja, że również bawią się we wszechmogącego. Myślą, że mają prawo decydować o życiu innych.
Sam Duży Jim zamienia się w dyktatora, opętanego ideą władzy dla samej władzy. Nagle zapomina, że naprawdę znajduje się w więzieniu i prowadzi swoje gierki, które są coraz bardziej brutalne, gdyż uważa że jest bezkarny.

Syn Dużego Jima, Junior zabija dwie dziewczyny i trzyma je w spiżarni, wykorzystując ich ciała seksualnie oraz jako chłodzący lek na migrenę. 
Lekarz Ryży Everett szantażuje pacjenta, aby wpłynąć na jego zachowanie.
Dziennikarka - upaja się władza prasy.
Wychodząca z nałogu radna, zamiast skorzystać z wolnego od narkotyków mózgu i pomóc mieszkańcom, dla prywatnej wendetty naraża miasta.
Kucharz - jest gotowy do wywołania apokalipsy, bo uważa się za jednego z jej proroków.

I tak po kolei, prawie każdy.
Prawie każdy bawi się w Boga na własnym podwórku.
A skąd pojawiła się kopuła? Ona też jest częścią tej zabawy, ale prowadzonej przez kogoś zupełnie innego.

King porusza w tej książce głównie kwestię despotycznych rządków Jima Renniego. Wydawało mi się, że te wywodzą się na pierwszy plan. Autor ukazuje destrukcje społeczeństwa i całego miasta, sterowanego przez nieodpowiedniego lidera. Ale czy tylko? Moim zdaniem analizuje również ogólny wpływ władzy na bohaterów i ich poczynania, oraz pokazuje jak bardzo ludzie mogą być czasem głupi i krótkowzroczni, nie widząc szerszej perspektywy swoich poczynań.

I mamy tutaj również to, co lubimy u Kinga. Dziwne istoty, tajemnicze proroctwa głoszone przez mające ataki dzieci, przemoc i dużo krwi, przestępstwa seksualne i sporą brutalność oraz trochę miłości i przyjaźni, która finalnie wygrywa.

Ciekawa książka, ale dla mnie lekko przerysowana. Momentami za długa, a w kluczowych chwilach - szczególnie końcówka, za krótka.
Na pewno nie jest to najlepsza książka Kinga, mimo dumnego opisu na okładce.
Jest dobra, ale daleko jej do innych dzieł mistrza.

Mocne 7,5 /10

piątek, 6 września 2013

Dziecko czy własne szczęście. Doris Lessing - Piąte dziecko

Całkiem niedawno obejrzałam film pod tytułem "Musimy porozmawiać o Kevinie". Poruszał on ciężki temat, konfliktu, a w zasadzie niechęci pomiędzy matką a synem. Pokazywał matkę, która nie kocha swojego dziecka, ani go nie akceptuje, ale mimo wszelkich przeciwności losu stara się nim opiekować. Oraz dziecko, które od urodzenia nienawidzi swojej matki, będąc dla niej jawnym potworem a dla wszystkich innych ludzi przybierając maskę niewiniątka. Obraz ten był ciężki, również ze względu na trudną ocenę postępowania bohaterki - wolała udawać, że wszystko jest ok niż oddać dziecko do zakładu, w końcu wolała porzucić swoje życie zamiast odciąć się od syna.

Bardzo podobny temat porusza Doris Lessing w książce "Piąte dziecko". Po tą pozycję sięgnęłam akurat z zupełnie innego powodu nie wiedząc, o czym jest ta książka (nie przepadam za czytaniem streszczeń na okładce bo często psują mi lekturę). Wypożyczyłam ją ze względu na to, że była mała objętościowo i napisana przez noblistkę, której twórczość do tej pory była mi obca.

Piąte dziecko to opowiadanie o rodzinnym szczęściu i jego destrukcji. Również porusza trudny temat - czy porzucić osobiste szczęście i doprowadzić do rozpadu rodziny, na rzecz ratowania syna, do którego czuje się obrzydzenie i strach?

Akcja rozpoczyna się w latach 60tych na imprezie firmowej. Poznajemy dwóch bohaterów - Dawida i Harriet, którzy nie pasują do swojej epoki i dobrze czuliby się paręnaście lat wstecz. Nie dla nich rewolucja seksualna, pigułki antykoncepcyjne, późny ślub i mała rodzina. Nie liczą się dla nich przelotne związki i romanse na jedną noc. Mają inny cel w życiu, a przez to odstają od swoich współpracowników i są powodem kpin.
Co nie jest dużą niespodzianką, Harriet i Dawid zakochują się w sobie i planują mieć dużą rodzinę, co najmniej sześcioro dzieci i wielu krewnych dookoła. Realizując ten cel kupują o wiele za duży dom pod miastem a Harriet przypadkowo zachodzi w ciążę.

Żyją sobie w wymarzony sposób, otoczeni przez rodzinę, odwiedzani prawie cały rok przez dziesiątki osób. W ciągu sześciu lat w ich życiu pojawia się czwórka ich dzieci. Wszystkie urodzone w domu w atmosferze wielkiego szczęścia.
Życie tej pary jest dokładnie takie jak chcieli, jego lukier i cukierkowość dla mnie jako czytelnika była mdląca. Aż nagle idylle zaburza piąta ciąża - zupełni inna. Po pierwsze niespodziewana, po drugie płód rozwija się nadzwyczaj szybko i jest wyjątkowo energiczny. Harriet tym razem nie chce tego dziecka, pierwszy raz rodzi w szpitalu w ósmym miesiącu gdyż jak najszybciej chce się pozbyć małego ze swojego ciała.

Samo dziecko jest inne. Jak to mówi bohaterka - przypomina trolla albo gnoma, pierwotnego człowieka, który zostawił swoje geny w rasie ludzkiej, aby kiedyś się uaktywniły. Ben - bo tak ma na imię nowy członek rodziny nie jest słodkim bobasem. Nie potrafi się uśmiechać, tylko szczerzy zęby, nie szczebiocze tylko warczy. Nie zna zachowań społecznych i podpatruje je u innych, a następnie stara się je naśladować choć ich nie rozumie. Jest nadzyczaj silny oraz brutalny. Stanowi zagrożenie dla zwierząt oraz rodzeństwa, zabija psa oraz kota, a przerażone siostry i bracia zamykają się w swoich pokojach.
Jego matka, Harriet, nie może go zaakceptować ani pokochać, choć jak bohaterka wspomnianego wcześniej filmu stara się zobaczyć w nim człowieka. Próbuje się z nim bawić i obudzić w nim prawdziwe dziecko.
W końcu Ben trafia do zamkniętego zakładu, a w domu wraca rodzinna idylla. Przerażone rodzeństwo znowu jest beztroskie i szczęśliwe, a Harriet i Dawid pławią się w swoim wymarzonym życiu.

Tylko, że Ben to rysa. Rysa, która w końcu spowoduje pęknięcie, którego nie da się wypełnić. Matka, nie może pozwolić mu umrzeć i stara się go uratować, przez co traci pozostałe dzieci oraz męża. Wszyscy się od niej odsuwają i obarczają ją winą, za to czym jest Ben.
Autorka nie ma jednoznacznej odpowiedzi, czy rezygnacja z własnego szczęścia jest bardziej bolesna niż życie w idylli z cieniem w postaci współwiny za śmierć swojego dziecka.

Postaci przedstawionych w książce nie da się niestety lubić. Można je obserwować z boku. Ocena zachowania jest trudna. Nie ma tu ani czerni ani bieli, jest szarość - do nas należy określić, czy jest ona bardziej biała czy bardziej czarna.

Mimo dużego potencjału koniec książki wydał mi się niedopracowany. Narastające napięcie opadło i wygasło. Pozostawiło parę niedokończonych wątków, chociaż to mógł być zabieg przemyślany, jako, że podobno istnieje kontynuacja pt. "Podróż Bena".
No cóż, nie planuję po nią sięgać.

Trudny temat i dobry styl oraz język to niestety nie wszystko, mogę ocenić tę książkę co najwyżej na 6 na 10, chociaż uczciwe byłoby 5,5.

piątek, 23 sierpnia 2013

Literatura erotyczna - Raczej post 18+ ;)

Książki erotyczne, czyli pozycje, które w historii literatury są prawie od zawsze, w ciągu ostatnich lat jednak przeżywają swój renesans, a od zeszłego roku zdominowały listy nowości i bestsellerów dużych księgarni. Wszędzie pełno Greyów, Crossów, różnokolorowych historii i powieści poruszającej wątki BDSM.

Każda z osób, które lubią czytać książki, zapewne miało okazję zetknąć się z tym typem literatury w swojej czytelniczej karierze. Pierwszym "dziełem" z zakresu literatury erotycznej jakie ja miałam okazję przeczytać była "XIII Księga Pana Tadeusza" autorstwa Fredry, która krążyła jako tajne ksero między uczniami w moim liceum.
W tamtych odległych o ponad dekadę czasach, powieści erotyczne nieśmiało przecierały sobie drogę na salony,  pozostając raczej w zakresie mało popularnej literatury niszowej. Wątki były dostępne jednak w amerykańskich horrorach, czasami stanowiąc większość ksiażki - np.  "Trzęsawisko" autorstwa Guy N. Smith'a.

Na studiach przekonałam się, że erotyka stanowiła ważną część powieści średniowiecznych. Pojawiała się w eposach i poezji rycerskiej, czasami była zawoalowana, a innym razem rubaszna.  Często średniowieczni autorzy nie przebierali w środkach i serwowali dosłowne opisy "włóczni, która rzucona z nieba ugodziła biskupa w genitalia, jako kara za rozpustę seksualną" lub opisy "regularnego współżycia rodzeństwa". Pamiętam jak śmialiśmy się na wykładach, gdy nasza lekko zażenowana profesor opowiadała o kolejnych eposach i wierszach z epoki znanej z potępiania cielesności.

Erotyki stały się ogólnie znane wraz z Markizem de Sade i jego powieściami BDSM, a także z książkami jak "Pamiętniki Fanny Hill" a nawet pełną wątków erotycznych, a przy okazji genialną "Naną" Emila Zoli.

Ale dosyć historii. Wracamy w XXI wiek.
Gdzieś około roku 2003-2004 miałam okazję czytać cykl o Śpiącej Królewnie autorstwa Anne Rice. To trzy książki opisujące historię Śpiącej Królewny - Różyczki w sposób inny, niż znana z bajek. Książę nie budzi królewny pocałunkiem ale stosunkiem, po czym nagą sadza na konia i wywozi do swojego zamku. W jego zamku Różyczka jest jedną z wielu księżniczek i książąt, którzy ku uciesze dworzan paradują nago i otrzymują chłostę złotymi trzepaczkami. Tomy są trzy, każdy kolejny dziwniejszy od pierwszego. To BDSM w czystej postaci - spanking, uległość, sadyzm, masochizm, do tego seks zbiorowy, homoseksualny, a także różne dziwne warianty stosunków seksualnych np. z posągiem. Sama historia jest przesadzona i w ogólnym odbiorze nudna. Za dużo tutaj wszystkiego. Natomiast sławne "50 Shades" to obok tego cyklu bajeczka dla dzieci.

W czasie pomiędzy "Śpiącą królewną" a wielkim "50 Shades" miałam okazję czytania albo spróbowania innych książek z wątkami erotycznymi. I tak do udanych mogę zaliczyć książki Anais Nin jak "Małe ptaszki" lub "Delta Wenus" zawierające opowiadania erotyczne, wysmakowane i przyjemne w odbiorze.
Ciekawą pozycję stanowi też stara chińska powieść "Kwiat śliwy w złotym wazonie". Jest to książka, której do tej pory nie dokończyłam, jednak gdy ją kupiłam nie mogłam się oderwać co skończyło się jedynym oblanym na studiach egzaminem....


Całkowicie nieudana książka to natomiast "Blond Gejsza" - porzuciłam ją po kilku stronach, zażenowana, że takie coś mogło zostać wydane (Erica Leonard nie pisała jeszcze wtedy  dla szerokiej publiczności).



I tym sposobem dochodzimy do "50 Shades of Grey" - wielkiego bestselleru zeszłego roku. Informacje o nim znalazłam na kilku stronach internetowych i w kilku kobiecych czasopismach. Książka miała być odważna, ciekawa, pełna wątków BDSM i zdecydowanie niegrzeczna. Zachęcona tymi recenzjami kupiłam ją w wersji angielskojęzycznej i faktycznie przeczytałam w kilka dni. To pozycja która wciąga - jesteśmy ciekawi, co będzie dalej ale też niezwykle irytuje. Przeczytałam wszystkie trzy tomy, ciekawa zakończenia i się rozczarowałam. Czytając "50 Shades Freed" robiłam sobie tygodniowe przerwy i przeskakiwałam wszystkie opisy seksu.  Dawno mi się nie zdażyło, żeby coś co jest tak wciągające było zarazem tak irytujące. Styl i język powieści - mówią o oryginalnym języku, nie tłumaczeniu - woła o pomstę do literackiego nieba. Akcja ogólnie jest nudna i brakuje jej potencjału.
W "50 Shades of Grey" mamy idealnego faceta, który zakochuje się w szarej myszce (znamy, oczywiście wątek stary jak świat). Ta szara myszka - Anastasia Steele jest chyba jedną z najbardziej irytujących bohaterek w literaturze. Idealny facet - Christian Grey wcale nie jest lepszy, bardziej denerwuje niż fascynuje. Łączy ich związek uległości - dominacji, który nie do końca wychodzi bo Anastasia tak napradwdę nie wie na co się pisze... Obok opisów seksu, który zawsze kończy się wielokrotnymi orgazmami, mamy opisy rozdygotanej Anastasii, która nie wie czego chce i ciągle nie jest niczego pewna. Obiecywanego BDSM tu jak na lekarstwo.
Po przeczytaniu tego cyklu miałam autentycznego kaca moralnego, wynikającego z poczucia winy, że taki chłam mi się podobał na tyle, że poświęciłam mu swój czas.

Po "50" zrobiłam sobie przerwę od takiej literatury omijając wszelkie nowości szerokim łukiem.

Ostatnio w ręce wpadły mi dwa erotyki polskich autorek z "Serii z Tulipanem". Chodzi mi o "Mistrza" Katarzyny Michalak oraz o "Szkołę Żon" Magdaleny Witkiewicz. To idealna literatura na lato i urlop. Lekka, przyjemna i wciągająca. Wątki erotyczne nie są wulgarne, skupiają się na przyjemności kobiety i uczuciach. Widać, że to erotyki na wyższym poziomie niż seria E.L.James, pisane przez autorki, które mogą pochwalić się swoim dorobkiem.

W "Mistrzu" mamy obok wątków erotycznych wątki kryminalne, wciągające chociaż raczej proste i bez specjalnie zawiłej intrygi. Jest to opis dużych pieniędzy, pięknych miejsc, fascynujących mężczyzn i kobiet. Zaczyna się jak kryminał mafijny, potem powoli rozwija. Są tu zabójstwa, tajemnica i rozwój uczucia między zakładniczką a jej porywaczem (moim zdaniem syndrom sztokholmski głównej bohaterki). Czyta się tą książkę niezwykle szybko, wręcz nie można się od niej oderwać, jednakże sami bohaterowie są jej najsłabszą stroną. Książka ma potencjał. ale nie wykorzystany do końca. Za to na pewno umili popołudnie.


"Szkoła żon" jest zupełnie inna. Nie nastawiałam się na erotyk, raczej na powieść w stylu "Opowieści niewiernej" tej samej autorki. Tymczasem przeżyłam zaskoczenie, ale miłe. Książka skupia się na kobietach, relacjach między nimi i mężczyznami w ich życiu. Każda z bohaterek ma inny bagaż doświadczeń i musi odnaleźć swoje szczęście i odkryć wewnętrzną siłę. Główne bohaterki to cztery zupełnie różne kobiety, który z innych powodów trafiają do tajemniczej "Szkoły żon". Ani bohaterki, ani czytelnik nie spodziewa się czym szkoła tak naprawdę jest. Ta tajemnica powoduje, że książkę czyta się szybko i z dużym zainteresowaniem. Całość ciekawie się rozwija i bardzo wciąga. Bohaterki dają się lubić a akcja nie pozwala się oderwać, niestety tylko do pewnego momentu, po którym następuje powolne zakończenie - jak na mój gust zbyt "amerykańskie". Książkę warto przeczytać.

To byłoby na tyle.
Są erotyki lepsze i gorsze. Jedne mają w sobie pewne wysmakowanie i pretendują do literatury wyższej, inne z założenia są czytadłami na letnie popołudnia, dużo plasuje się w kategorii prostych powieści z dodatkowym smaczkiem. Każdy może wybrać coś dla siebie.

Dziękuję za uwagę! :)



czwartek, 22 sierpnia 2013

Drzwi do Piekła - Maria Nurowska


Przeczytałam dosyć dawno temu i sporo już zapomniałam. Opiszę jedynie to co zostało, czyli moje wrażenia.

Książka reklamowana była jako dosyć obrazoburcza, poruszająca trudną tematykę więźniarek. Przedstawiona jest z perspektywy głównej bohaterki - Darii - która odsiaduje wyrok za zabójstwo męża. Do tego miała poruszać uczucie pomiędzy dwoma kobietami.

Historia płynnie przenika między czasami więzienia, a przeszłością Darii - od dzieciństwa po zabójstwo męża. Retrospekcje przechodzą w teraźniejszość i vice versa. Czasami przejścia są gładkie, a czasami dość ostre. Między jednym a drugim lądujemy w różnym czasie, w retrospekcji są to różne etapy przeszłości bohaterki w teraźniejszości przeskakujemy o kilka miesięcy, albo lat. Czasami te przeskoki powodują, że historia staje się niespójna. Historia życia bohaterki czasami jest interesująca, najczęściej jednak nie ma w niej nic fascynującego.

Obrazoburczy w książce miał być wątek uczucia między kobietami. Dla mnie nie było to nic, co mogłoby razić albo zniesmaczać. Obrzydliwy był jedynie opis gwałtu, który rzeczywiście wywarł wrażenie. Natomiast sama historia była dosyć nudna i lekko "zamerykanizowana" - po pierwszych problemach wszystko jest coraz lepiej. Po przeczytaniu pierwszych stron spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Mocnej książki, która porusza trudne tematy i zawiera porywającą historię, tymczasem ta pozycja jest dość nijaka, w każdym aspekcie.

Raczej przeciętna pozycja naciągane 5/10

niedziela, 28 lipca 2013

"Jutro przypłynie królowa" - Macieja Wasilewskiego

Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Szczególnie po intrygującej recenzji na okładce.
Temat książki to życie mieszkańców Pitcairn - maleńkiej wysepki w jurysdykcji Wielkiej Brytanii, leżącej na oceanie spokojnym. Obecni mieszkańcy wyspy to potomkowie buntowników z "Bounty" i porwanych przez nich Tahitanek.
Oficjalne recenzje były bardzo kuszące - tajemnicza wyspa, gdzie dziennikarzy się nie wpuszcza, a ci, którzy ta byli i opisali życie jej mieszkańców mogą przypłacić to życiem.

Tymczasem książka traktuje o problemie wyspy, jakim jest wykorzystywanie seksualne wyspiarek oraz podział ludzi na wyspie, na swoich i Judaszy, a także układy sił w lokalnej polityce. Te trzy tematy przeplatają się przez całą książkę aż do znudzenia.
Owszem, temat molestowania i gwałtów na dzieciach i nastolatkach jest trudny i przerażający, ale ciągłe powtórzenia, wielokrotne przywoływanie jednych i tych samych zdarzeń strasznie je spłyca i upraszcza. Kwestia podziału sił wśród rodzin na wyspie oraz podział na swoich i "Judaszy" jest jakby dodana na siłę.
Całość jest zbyt długa, "przegadana", wydaje się pisana na siłę. Temat byłby ciekawy, gdyby pozostał w łamach 3-4 stronicowego reportażu/artykułu w DF. Wtedy naprawdę robił by wrażenie i szokował - ot takie śmignięcie biczem. W książce, wprawdzie niezbyt grubej, temat się rozmywa, a autor stara się dopisywać coś na siłę, czym raczej nudzi niż zaciekawia.

Mocno przeciętna pozycja.

czwartek, 11 lipca 2013

"Zły" Leopold Tyrman - czyli jak stracić 1,5 msc na jedną książkę i się rozczarować

Ta książka, to było moje czytelnicze marzenie. Pierwszy raz zobaczyłam ją na półce u koleżanki  w połowie zeszłej dekady. Krążyłam i krążyłam wokół niej i ciągle nie było czasu, aby się za nią zabrać.
W końcu w tym roku wypożyczyłam ją z biblioteki i przeczytałam, a raczej męczyłam przez 1,5 miesiąca.

Dawno nie miałam tak, żeby książka, która ma raptem 650stron zajęła mi aż tyle czasu.
Sama w sobie nie jest zła. Napisana jest językiem tamtych czasów, zawiera słowa i składnię, której dziś się już nie używa. Trzeba się w nią wgryźć bo nie wciąga za bardzo. Ciekawie zaczyna się robić dopiero obok 200 strony, ale nie na tyle, że nie można się od książki oderwać.

Największy plus książki to opis Warszawy tamtych czasów. Mimo odbudowy cieszyła się pewnym dobrobytem, co było dla mnie zaskoczeniem, bo myślałam że było tam tak samo ciężko jak np. na Śląsku.
Akcja jest początkowo mocno zamotana, bohaterowie naszkicowani, ale nie namalowani do końca. Chyba jedyny naprawdę rozwinięty bohater to Filip Merynos, prawdziwy czarny charakter książki.
Wątki są pozaczynane, rozwijane i ucięte - zarówno na poziomie bohaterów jak i akcji.
W wątku kryminalnym brakuje potencjału, a wątek romantyczny męczy.

Zakończenie wydało mi się płaski za krótkie i za mało wnoszące.

Książka mnie rozczarowała. Straciłam na nią 1,5 miesiąca i maksymalna ocena jaką mogę jej wystawić to 5/10

sobota, 30 marca 2013

Ritus - Markus Heitz.

Druga połowa XVIII wieku, prowincja Gevaudam we Francji. Kraina lasów i granitu, usiana tu i ówdzie pagórkami. Ludzie żyją w małych miasteczkach i wioskach trudniąc się rolnictwem i pasterstwem. Okolicą wstrząsa szereg potwornych morderstw, których ofiarami padają dzieci i młode kobiety. Sprawdzą tych rzezi, jak wierzą miejscowi jest "Bestia z Gevaudam". Ten potwór, który prawdopodobnie jest loup-garou rozrywa swoje ofiary na części, wypija ich krew i potwornie kaleczy twarze.

Bestia grasuje i pozostawia za sobą szlak usiany z trupów. Mieszkańcy Gevaudam boją się wychodzić z domu, pracować na polach. Przeraża ich każdy hałas, a wilki stają się wrogiem którego bez sentymentu trzeba zabić. Jednakże ani często polowania ani odprawiane msze nie przynoszą ulgi. Piekielna Bestia grasuje dalej. Król wyznacza nagrodę za zabicie bestii, po okolicy krążą setki myśliwych, a mimo to dalej znajdowane są zmasakrowane ciała.
W tych czasach toczy się jedna część powieści, której bohaterami są Jean Chastell oraz jego dwaj  synowie. Jean jest jednym z myśliwych przemierzających całą prowincję śladami bestii. Chce ją zabić nie tylko ze względu na nagrodę w wysokości 10 000 ludwików, ale również z własnych powodów.... Na początku powieści ta trójka znajduje w lesie ogromnego wilka, który dogorywa gdyż nabił się na hak z przynętą. To znalezisko rzuci cień na życie całej rodziny Jeana.

Monachium, czasy współczesne w których rozpoczyna się druga część powieści. Eric Kastell, milioner, playboy, artysta, a tak naprawdę zabójca wilkołaków. Nie ważne, czy są to umięśnienie mężczyźni, czy drobne nastolatki, jeśli płynie w ich żyłach wilcza krew giną bez skrupułów. Eric przemierza Europę w swoim brudnym Porsche Cayenne i ubraniu z białej skóry. Jest bon vivantem, który z łatwością zdobywa kobiety i jeszcze łatwiej doprowadza je do orgazmu. Wyposażony w srebrną amunicję i nowoczesną broń zostawia za sobą trupy wilkołaków. Do czasu, aż w następstwie jednej z akcji ginie jego ojciec, a przy otwarciu jego testamentu Eric dowiaduje się, że ma siostrę.

Obie części powieści przeplatają się rozdział po rozdziale. Powieść zaczyna się w XVIII wieku, by w następnym rozdziale przejść w XXI. Pozornie bohaterowie nie mają ze sobą nic wspólnego, choć nazwiska Chastell i Kastell wydają się podejrzanie zbieżne.

W moim osobistym odczuciu o wiele ciekawsza była część powieści tocząca się w XVIII wieku. Historia bohaterów i ich walka o przetrwanie, a zarazem kolejne odkrywane tajemnice nie pozwalały się oderwać od książki. Dodatkowo bohaterowie, szczególnie Jean wzbudzają sympatię.
Współczesny bohater Eric niestety dla mnie jako czytelnika był bardzo irytujący. Chociaż akcja tocząca się w XXI wieku, również w pewnym momencie zaczęła mocno przykuwać uwagę.

Książka w całokształcie jest pozycją bardzo dobrą. Zawiera ciekawe opisy, przykuwa uwagę i co najważniejsze wciąga tak, że ciężko się od niej oderwać.
Zakończenie nic nie wyjaśnia i urywa się w połowie fascynującej akcji.
Tu od razu ostrzegam czytelników - druga cześć SANCTUM nie została wydana w Polsce, ja po długich poszukiwaniach zamówiłam używany egzemplarz z Niemiec.

Jeśli ktoś zna język niemiecki, to zdecydowanie warto sięgnąć po ten cykl.
Dla czytelników polskojęzycznych też warto, ale uczucie niedosytu na koniec i rozczarowania, że nie dowiemy się co dalej może zdecydowanie zepsuć całą lekturę.


Mocne 8.5 na 10

Zanim zasnę - czyli o życiu bez pamięci

Ciekawa pozycja, chociaż temat był już nie raz przerabiany w filmach - np. Memento, Pamiętnik i dlatego historia nie jest do końca oryginalna.
.
Główna bohaterka Christine jest pozbawiona pamięci. Codziennie gdy wstaje rano następuje pełny reset i budzi się w obcym dla niej miejscu, obok obcego człowieka, co więcej w ciele, które jest sporo starsze niż odbicie w lustrze jakie zapamiętała. Brak pamięci powoduje, że bohaterka nie wie kim jest, co się wydarzyło w ostatnich dniach/miesiącach i latach ani nie rozpoznaje otaczających ją ludzi. Wierzy w to, co opowiada jej każdego ranka mąż.

Pewnego dnia, za namową lekarza który codziennie przypomina jej o swoim istnieniu, Christine zaczyna pisać pamiętnik. Każdego następnego dnia wie więcej o swoim życiu i odkrywa nowe fakty ze swojej historii. Aby jednak tego się dowiedzieć codziennie od nowa czyta pamiętnik.
Lecz w dalszym ciągu nie wie, czy to co napisała wydarzyło się na prawdę, czy jest wytworem jej wyobraźni. Nie wie co jest rzeczywistością ani nie może nikomu ufać, nawet sobie.

Ciekawie przedstawiona jest sama bohaterka, która zawieszona jest w pewnej próżni bez punktów zaczepienia, które daje nam doświadczenie i pamięć. Codziennie przeżywa całe swoje życie od nowa, ze wszystkimi emocjami, tymi złymi i dobrymi. Żyje chwilą, gdyż przeszłość stanowi ciemną plamę, a przyszłość to kolejne takie same dni, bez zaczepienia w historii.
Nie chciałabym doświadczyć czegoś takiego.

Pozycję tę czyta się przyjemnie, chociaż sama akcja ma różne natężenie. Raz jest ciekawiej, innym razem opisna historia nudzi. Zaczęłam "lekturę" tej książki od słuchania audiobooka na siłowni. Mimo jednak całkiem dobrego nagrania, wolę sama doczytać resztę historii. Audiobooka porzuciłam na parę miesięcy i zanim mogłam skończyć powieść minęło około pół roku.


W mojej ocenie to 6,5 na 10. Głównie dlatego, że akcja była nierówna, chociaż pod koniec znacząco się zintensyfikowała.

wtorek, 19 marca 2013

Dallas 63 - Stephen King

Zamykałam okładkę "Dallas 63"  z dziwnym uczuciem. Ciężko przyszło mi porzucić USA przełomu lat 50 i 60 z ich magiczną atmosferą i niepowtarzalnym klimatem. Ta powieść Kinga to Mad Men w wersji książkowej. Czasy wszechobecnego dymu papierosowego, czarno-białej telewizji i dobrych filmów wyświetlanych w kinach samochodowych. Czasy, gdy ludzie komunikowali się rozmawiając twarzą w twarz, gdy połączenia łączyły telefonistki, a zamiast terrorystów ludzie bali się wojny jądrowej. Były to czasy, gdy rewolucja seksualna nie obaliła jeszcze tradycyjnych zasad, nauczycielka mogła zostać zwolniona za złe prowadzenie się, a ludzie byli w stosunku do siebie bardziej otwarci.
Czasy jednego z najważniejszych wydarzeń XX wieku - zabójstwa Kennedye'go. Wydarzenia, które urosło w kulturze na miarę mitu, przewijając się przez filmy, muzykę (Marilyn Manson, Lana del Rey) po książki. Wokół tej zadry w sercu Amerykanów swoją powieść buduje również Stephen King.

"Dallas 63" to powieść obyczajowa z elementami S-f. Delikatnie przewija się w niej pradawne zło i mrok, znany z innych powieści autora, ale próżno doszukiwać się tutaj elementów horroru. Jest to historia "podróżnika w czasie", który przemieszcza się z roku 2011 przez "króliczą norę" do Maine we wrześniu 1958 roku i ma pozostać w USA wczesnych lat 60tych aby powstrzymać zabójstwo JFK. Zadanie nie jest łatwe, gdyż "przeszłość nie lubi być zmieniana", a każda próba zmiany tego co było spotyka się z oporem, tym większym im zmiana jest poważniejsza. Efekt motyla działa również w przeszłości, za każą zmianą pociągając kolejną. Bohater - Jake Epping aka George Amberson, jest pozostawiony sam w sobie w nieznajomym i innym świecie. Z jednej strony nim zafascynowany, z drugiej przerażony. W USA lat 60tych przeżywa miłość swojego życia, szuka swojego miejsca i jest przytłoczony ciężarem czekającego go zadania.

W posłowiu dowiadujemy się, ile tak naprawdę pracy wymagało stworzenie tej powieści i jej świata. Ile badań nie tylko samego zabójstwa Kennedye'go i losów Lee Oswalda, ale także oddanie realiów tamtej epoki. Stos książek wysokości autora, które pozwoliły stworzyć tę świetną książkę.
To kolejna powieść, która ukazuje warsztat literacki Kinga. Idealnie zbudowaną historię, podawaną powoli w kawałeczkach, prostą historię od której trudno się oderwać. Akcja rozwija się powoli, początek jest raczej "nudny", potem następuje delikatne przyspieszenie i powolne kołysanie aż do końca. Brak tu szalonych zwrotów akcji, cliffhanerów albo niepotrzebnych fajerwerków. Całość jest idealnie zbilansowana pod przyjemną lekturę.

Dla fanów Kinga, przyjemne jest nawiązanie do jednego z jego klasyków - "To". Miło było znaleźć tę aluzję i przypomnieć sobie tamtą powieści. Tak jakby Autor połaczył książki i stworzył w nich wzajemny wszechświat. Dodatkowe opisy pradawnego zła czającego się w niektórych miejscach idealni wpisują się w klimat dzieł Kinga. 

Fani Stephena Kinga nie powinni poczuć się zawiedzeni. Osoby, które nie przepadały do tej pory za autorem mogą bez obaw sięgać po "Dallas 63".

Chętnie do niej kiedyś powrócę. 
Dla mnie 9,5/10