piątek, 20 września 2013

"Cień templariusza" Nuria Masot - niewykorzystany potencjał

Lubię kryminały i książki historyczne. Templariusze sami z siebie są fascynujący. Więc połączenie tych trzech faktorów zapowiadało czytelniczą ucztę i parę przyjemnych godzin. Tymczasem trafił mi się wyjątkowy książkowy przeciętniak z kiepską akcją, irytującymi bohaterami i fajną końcówką, która pokazuje jak bardzo autorka zmarnowałam potencjał tematu, który sama poruszyła.

Postaci są proste i przewidywalne. Kryminału nie ma tu prawie wcale, no dobrze może trochę na początku. To co mogło być ciekawe, zostało okrojone i przytłoczone przez inny wątek. Naprawdę ciekawe są ostatnie dwie strony, gdyby one zostały rozbudowane i na nich oparłaby się książka, byłaby to naprawdę wciągająca powieść.
To taki pseudohistoryczny pseudokriminał. Pseudo, gdyż oprócz osadzenia akcji w średniowiecznej Barcelonie i wybraniu na bohaterów templariuszy ja nie doszukałam się prawie niczego, co odwzorowałoby epokę. W książkach historycznych oczekuję opisu ubrań, potraw, budynków, życia. Tutaj wyglądało to tak, jakby autorka wzięła mapę średniowiecznej Barcelony i zaczęła w niej umieszczać akcję, pamiętając o wyrzuceniu adidasów, pistoletów i telefonów.

Część zagadkowa, czyli poszukiwanie tajemniczej paczuszki wiezionej przez Bernarda Guills jest ciekawa tylko do pewnego momentu, potem jest wytłumiona przez drugi, równorzędny wątek poszukiwania "Cienia".
Bohaterowie, na początku ciekawie rozbudowani po pierwszych rozdziałach są wyjątkowo płascy, powiedziałabym że wręcz denerwujący.

Spodziewałam się czegoś znacznie lepszego, pierwsze rozdziały zapowiadały niezłą rozrywkę, tymczasem finalnie trafił się nędzny przeciętniak.

4 na 10 i absolutnie nic więcej.

Nasz Mały PRL

Na początku lipca tego roku narzekałam mojej przyjaciółce na czytelniczy kryzys, gdyż byłam mocno zmęczona lekturą porażająco nudnego "Złego" Tyrmanda, Klimat PRL super, ale akcja "Złego" to flaki z olejem....

Moja przyjaciółka poleciła mi właśnie "Nasz mały PRL", a że leżał u mnie na półce, kupiony parę miesięcy wcześniej okazał się właśnie taką lekturą, jakiej potrzebowałam, aby mieć odskocznie od książki Tyrmanda, a jednocześnie pozostać w klimatach komunistycznej Polski.

"Nasz mały PRL" to trochę nietypowy reportaż. Izabela Meyza oraz Witold Szybłowski, wraz z ich córeczką planują spędzić pół roku w PRL, a dokładniej po długim namyśle w początku lat 80tych, czyli w czasach stanu wojennego.
I tu pojawia się pierwsze pytanie - Jak niby mają zamiar przetransportować się 30 lat do tyłu?

Jak się okazało, mieli całkiem niezły pomysł, na podróż w czasie.
Najpierw wynajmują mieszkanie - nieremontowane od lat 80 w po PRLowskim osiedlu w odległej od centrum dzielnicy Warszawy. Do mieszkania otrzymują komplet rzeczy z lat 80tych, które leżały u znajomych. Obok pralki Frania, Wańki-wstańki dla dziecka są koszule non-iron, bielizna z PRL a nawet 30 letnia kawa Społem. W czasie trwania "eksperymentu" do gadżetów z PRL dołącza również "Maluch".

Przenosiny w czasie wiążą się z odcięciem od udogodnień współczesnego życia. Nie tylko komórki i komputer idą w odstawkę. Tabu obejmuje współczesne smakołyki, potrawy, ubrania, kosmetyki a nawet podpaski.
Bohaterka robi sobie na głowie trwałą, a bohater zaczeskę oraz zapuszcza wąsa. Używają kosmetyków dostępnych w PRL, więc kremu Nivea, wody toaletowej Brutal, a także środków czyszczących które były w tamtych czasach.
Bohaterka gotuje wg. ówczesnych książek kucharskich, a jeśli przypadkiem wbije zbuka do ciasta - nie szkodzi, tatuś zje jak mu nic nie będzie może i ona i córka :)
Zmieniają się nie tylko zewnętrznie, ale również chcą zmienić swój sposób bycia i zachowania. Próbują poznać sąsiadów, udając się ze szklanką do ich mieszkań i prosząc o cukier. Często natrafiają na mur, gdyż ludzie pamiętający poprzednią epokę, zupełnie wyparli typowe dla niej proszenie o cukier na rzecz wszechobecnej podejrzliwości pt. "co oni ode mnie chcą". Spotkania towarzyskie ze znajomymi też przebiegają w klimacie PRL - dużo rozmów między ludźmi, kontakty bezpośrednie, a nie przez telefony.

Zmianie ulega kuchnia, a nawet opieka zdrowotna. Jak dopasować styl PRL do współczesności? Gotować potrawy popularne w latach 80tych, kupować tyle mięsa na ile był przydział, w sklepach kupować tylko szary papier i go "porcjować". A opieka zdrowotna? Znaleźć lekarza po znajomości, do tego takiego, który pamięta poprzednią epokę.

Jaki wniosek z tego reportażu? Czasy były ciężkie jeśli chodzi o codzienne życie - za tłusta kuchnia, niedopasowane kosmetyki, kiepskie materiały i mało ubrań, trudno cokolwiek załatwić i kupić. Ale były zupełnie inne, stwierdzę nawet że lepsze, jeśli chodzi o sposób komunikowania się między sobą i relacji międzyludzkich. Chociaż, kobiety miały trudniej niż dziś bo nie istniało coś takiego jak związki partnerskie, a facet musiał być macho i nie schylił się do poziomu sprzątania domu.

Wtedy więcej rzeczy robiło się wspólnie. Imprezy ze znajomymi wyglądały inaczej. Wypady wakacyjne były inne.
Pamiętam, jak jako dziecko obserwowałam przez lornetkę imprezy latem nad brzegiem jednego z okolicznych stawów. Ciągłe ogniska, zabawy, radosne śmiechy i okrzyki, skakanie z drzewa do wody, pływanie. Tak bawiła się młodzież jeszcze na początku lat 90tych. Czekałam, aż sama będę miała tyle lat, aby również dołączyć do tego grona. W niedziele mieszkańcy okolicznych miejscowośći tłumnie pojawiali się nad stawami, z ich koszami piknikowymi, materacami i wszyscy spędzali dzień nad wodą. Czuło się wspólnotę, radość ze słonecznych dni i pięknej pogody.

Gdy miałam tyle lat, aby dołączyć do młodzieży, już jej nie było. Skończyły się wypady nad wodę. Skończyły imprezy nad stawem do rana.
Zmieniły się czasy. Nie chciałabym żeby wrócił PRL, ale nostalgia za tym międzyludzkim ciepłem pozostała.

A sama książka, to mocne 8/10. Godna polecenia pozycja, dla mnie jedna z "Must Read"


sobota, 7 września 2013

Zabawa w Boga - Pod kopułą - Stephen King

Koniec 2012 a początek 2013 miał przynieść zapowiedaną przez Majów apokalipsę. Mimo, że nie wierzę w teorie o końcu świata ani szalone proroctwa bałam się jednego - tematu, który poruszały gazety naukowe - burz słonecznych, które mogłyby cofnąć naszą cywilizację paręset lat w tył. Wyobrażacie sobie życie bez prądu? Dzisiaj? Ja niestety nie....

Nie chodzi tylko o rozrywki. Można przeżyć bez internetu, można bez telewizji. Ale jak przetrwać w domach, które są ogrzewane tylko dzięki temu, że istnieje prąd (piece centralnego ogrzewania też potrzebują prądu, nowoczesne aby działać, a starego typu muszą mieć pompy, które jak serce pozwalają na obieg ciepła w domu). Jak ugotować jedzenie, skoro kuchenka jest na prąd? Jak wyprać pranie, wysprzątać podłogi...... Nie wiadomo. To już nie dla nas, nie dla ludzi ery elektronicznych pomocników w domu i nowoczesnych gadżetów.

A gdyby nas zamknięto nagle w kopule, odcięto prąd, a do tego kontakt ze światem, dostawy żywności, ba nawet wodę i powietrze to co? I nie można by uciec, ani wyjechać ani nie wiadomo skąd to się wzięło. Jak byśmy się zachowali? Spokojnie? Nie! To byłaby apokalipsa! Więc pytanie - dlaczego mieszkańcy Chester Mill, książki Kinga "Pod kopułą" są tacy spokojni???? Tego nie mogłam zrozumieć w ciągu całej lektury.

Miasteczko Czester Mill - oczywiście w stanie Maine, bo gdzieżby indziej, ma kształt buta. Zamieszkuje go około 2000 osób. Jest tam szpital, sklep spożywczy Food and Co oraz drugi mniejsze Gas and Grocery, jest sklep Renniego Burpego, w którym kupić można prawie wszystko, apteka oraz komis samochodowy Jima Renniego - zwanego Dużym Jimem. W miasteczku jest Pub u Dippera, restauracja Sweebriar Rose i redakcja lokalnej gazety - Democrata prowadzonego przez wnuczkę założyciela Julię Shumway. Są też dwa kościoły - jeden prowadzony przez już niewierzącą Piper Libby oraz drugi, gdzie pastorem jest biczujący się za gustowanie w młodych, gołych Azjatkach pastor Coggins.

Pewnego jesiennego dnia nagle wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. Miasteczko zostaje odcięte od świata - dosłownie. Nagle znikąd pojawia się kopuła. Rozcina ona zwierzęta i ludzi i powoduje kilka spektakularnych wypadków. Jest przezroczysta, ale prawie nieprzepuszczalna dla powietrza i wody. Ciągnie się wiele metrów w dół i parę tysięcy w górę.
Pada prąd, ale ludzie włączają generatory. Nikt nie biegnie uzupełniać zapasów, nikt nie panikuje że to koniec świata - nie! Oni żyją sobie spokojnie dalej, przynajmniej przez pierwsze dni.

W momencie odcięcia rozpoczyna się zabawa w Boga. Prawie każdy z bohaterów bierze w niej swój udział. Każdy upaja się częścią władzy którą dostał.
To nie jest tak, że dobrzy bohaterowie nie dają się jej zepsuć. Też mają swoje winy.
Władza jest uzależniająca, więc Jim Rennie - Duży Jim, nagle pragnie zawładnąć całym miastem i cieszy się (!!!!) z pojawienia się kopuły, bo dzięki temu nikt z zewnątrz nie będzie się do niego wtrącał. Powołuje policję złożoną z miejscowej młodzieży, którą władza upaja, że również bawią się we wszechmogącego. Myślą, że mają prawo decydować o życiu innych.
Sam Duży Jim zamienia się w dyktatora, opętanego ideą władzy dla samej władzy. Nagle zapomina, że naprawdę znajduje się w więzieniu i prowadzi swoje gierki, które są coraz bardziej brutalne, gdyż uważa że jest bezkarny.

Syn Dużego Jima, Junior zabija dwie dziewczyny i trzyma je w spiżarni, wykorzystując ich ciała seksualnie oraz jako chłodzący lek na migrenę. 
Lekarz Ryży Everett szantażuje pacjenta, aby wpłynąć na jego zachowanie.
Dziennikarka - upaja się władza prasy.
Wychodząca z nałogu radna, zamiast skorzystać z wolnego od narkotyków mózgu i pomóc mieszkańcom, dla prywatnej wendetty naraża miasta.
Kucharz - jest gotowy do wywołania apokalipsy, bo uważa się za jednego z jej proroków.

I tak po kolei, prawie każdy.
Prawie każdy bawi się w Boga na własnym podwórku.
A skąd pojawiła się kopuła? Ona też jest częścią tej zabawy, ale prowadzonej przez kogoś zupełnie innego.

King porusza w tej książce głównie kwestię despotycznych rządków Jima Renniego. Wydawało mi się, że te wywodzą się na pierwszy plan. Autor ukazuje destrukcje społeczeństwa i całego miasta, sterowanego przez nieodpowiedniego lidera. Ale czy tylko? Moim zdaniem analizuje również ogólny wpływ władzy na bohaterów i ich poczynania, oraz pokazuje jak bardzo ludzie mogą być czasem głupi i krótkowzroczni, nie widząc szerszej perspektywy swoich poczynań.

I mamy tutaj również to, co lubimy u Kinga. Dziwne istoty, tajemnicze proroctwa głoszone przez mające ataki dzieci, przemoc i dużo krwi, przestępstwa seksualne i sporą brutalność oraz trochę miłości i przyjaźni, która finalnie wygrywa.

Ciekawa książka, ale dla mnie lekko przerysowana. Momentami za długa, a w kluczowych chwilach - szczególnie końcówka, za krótka.
Na pewno nie jest to najlepsza książka Kinga, mimo dumnego opisu na okładce.
Jest dobra, ale daleko jej do innych dzieł mistrza.

Mocne 7,5 /10

piątek, 6 września 2013

Dziecko czy własne szczęście. Doris Lessing - Piąte dziecko

Całkiem niedawno obejrzałam film pod tytułem "Musimy porozmawiać o Kevinie". Poruszał on ciężki temat, konfliktu, a w zasadzie niechęci pomiędzy matką a synem. Pokazywał matkę, która nie kocha swojego dziecka, ani go nie akceptuje, ale mimo wszelkich przeciwności losu stara się nim opiekować. Oraz dziecko, które od urodzenia nienawidzi swojej matki, będąc dla niej jawnym potworem a dla wszystkich innych ludzi przybierając maskę niewiniątka. Obraz ten był ciężki, również ze względu na trudną ocenę postępowania bohaterki - wolała udawać, że wszystko jest ok niż oddać dziecko do zakładu, w końcu wolała porzucić swoje życie zamiast odciąć się od syna.

Bardzo podobny temat porusza Doris Lessing w książce "Piąte dziecko". Po tą pozycję sięgnęłam akurat z zupełnie innego powodu nie wiedząc, o czym jest ta książka (nie przepadam za czytaniem streszczeń na okładce bo często psują mi lekturę). Wypożyczyłam ją ze względu na to, że była mała objętościowo i napisana przez noblistkę, której twórczość do tej pory była mi obca.

Piąte dziecko to opowiadanie o rodzinnym szczęściu i jego destrukcji. Również porusza trudny temat - czy porzucić osobiste szczęście i doprowadzić do rozpadu rodziny, na rzecz ratowania syna, do którego czuje się obrzydzenie i strach?

Akcja rozpoczyna się w latach 60tych na imprezie firmowej. Poznajemy dwóch bohaterów - Dawida i Harriet, którzy nie pasują do swojej epoki i dobrze czuliby się paręnaście lat wstecz. Nie dla nich rewolucja seksualna, pigułki antykoncepcyjne, późny ślub i mała rodzina. Nie liczą się dla nich przelotne związki i romanse na jedną noc. Mają inny cel w życiu, a przez to odstają od swoich współpracowników i są powodem kpin.
Co nie jest dużą niespodzianką, Harriet i Dawid zakochują się w sobie i planują mieć dużą rodzinę, co najmniej sześcioro dzieci i wielu krewnych dookoła. Realizując ten cel kupują o wiele za duży dom pod miastem a Harriet przypadkowo zachodzi w ciążę.

Żyją sobie w wymarzony sposób, otoczeni przez rodzinę, odwiedzani prawie cały rok przez dziesiątki osób. W ciągu sześciu lat w ich życiu pojawia się czwórka ich dzieci. Wszystkie urodzone w domu w atmosferze wielkiego szczęścia.
Życie tej pary jest dokładnie takie jak chcieli, jego lukier i cukierkowość dla mnie jako czytelnika była mdląca. Aż nagle idylle zaburza piąta ciąża - zupełni inna. Po pierwsze niespodziewana, po drugie płód rozwija się nadzwyczaj szybko i jest wyjątkowo energiczny. Harriet tym razem nie chce tego dziecka, pierwszy raz rodzi w szpitalu w ósmym miesiącu gdyż jak najszybciej chce się pozbyć małego ze swojego ciała.

Samo dziecko jest inne. Jak to mówi bohaterka - przypomina trolla albo gnoma, pierwotnego człowieka, który zostawił swoje geny w rasie ludzkiej, aby kiedyś się uaktywniły. Ben - bo tak ma na imię nowy członek rodziny nie jest słodkim bobasem. Nie potrafi się uśmiechać, tylko szczerzy zęby, nie szczebiocze tylko warczy. Nie zna zachowań społecznych i podpatruje je u innych, a następnie stara się je naśladować choć ich nie rozumie. Jest nadzyczaj silny oraz brutalny. Stanowi zagrożenie dla zwierząt oraz rodzeństwa, zabija psa oraz kota, a przerażone siostry i bracia zamykają się w swoich pokojach.
Jego matka, Harriet, nie może go zaakceptować ani pokochać, choć jak bohaterka wspomnianego wcześniej filmu stara się zobaczyć w nim człowieka. Próbuje się z nim bawić i obudzić w nim prawdziwe dziecko.
W końcu Ben trafia do zamkniętego zakładu, a w domu wraca rodzinna idylla. Przerażone rodzeństwo znowu jest beztroskie i szczęśliwe, a Harriet i Dawid pławią się w swoim wymarzonym życiu.

Tylko, że Ben to rysa. Rysa, która w końcu spowoduje pęknięcie, którego nie da się wypełnić. Matka, nie może pozwolić mu umrzeć i stara się go uratować, przez co traci pozostałe dzieci oraz męża. Wszyscy się od niej odsuwają i obarczają ją winą, za to czym jest Ben.
Autorka nie ma jednoznacznej odpowiedzi, czy rezygnacja z własnego szczęścia jest bardziej bolesna niż życie w idylli z cieniem w postaci współwiny za śmierć swojego dziecka.

Postaci przedstawionych w książce nie da się niestety lubić. Można je obserwować z boku. Ocena zachowania jest trudna. Nie ma tu ani czerni ani bieli, jest szarość - do nas należy określić, czy jest ona bardziej biała czy bardziej czarna.

Mimo dużego potencjału koniec książki wydał mi się niedopracowany. Narastające napięcie opadło i wygasło. Pozostawiło parę niedokończonych wątków, chociaż to mógł być zabieg przemyślany, jako, że podobno istnieje kontynuacja pt. "Podróż Bena".
No cóż, nie planuję po nią sięgać.

Trudny temat i dobry styl oraz język to niestety nie wszystko, mogę ocenić tę książkę co najwyżej na 6 na 10, chociaż uczciwe byłoby 5,5.