niedziela, 29 czerwca 2014

Szepty Zmarłych - Simon Beckett

Trzecia książka z cyklu o Davidzie Hunterze, tym razem nie toczy się w Anglii tylko w stanie Tennessee w USA. Główny bohater po ciężkich przeżyciach, poruszonych w końcówce poprzedniego tomu, wybiera się odwiedzić "Trupią Farmę" w Knoxville i swojego mentora Toma Libermana, który mimo zaawansowanego wieku jest jej dyrektorem. Chce się uspokoić i wyciszyć przy badaniach, a przy okazji uciec od demonów przyszłości. Los ma jednak dla niego inne zadanie.

Atmosfera jest zgoła inna niż w "Zapisane w kościach". Tutaj jest duchota, gorąc i wszechobecny słodko - mdły zapach rozkładu. Bohater wraz z Tomem trafiają do chaty, gdzie TBI (miejscowe FBI) prowadzą badania porzuconych tam zwłok. Scena śmierci i stadium rozkładu zwłok sprawiają, że kilka kwestii się wyklucza, a sprawa jest skomplikowana. 
Odkrycie pierwszego trupa prowadzi do kolejnych śladów zbrodni i kolejnych zwłok. 

Zagadki piętrzą się, a dodatkowo ktoś czyha na życie osób zaangażowanych w śledztwo.
Liczba bohaterów jest dosyć ograniczona, co sprawia, że znowu łatwo można się domyślić, kto jest czarnych charakterem. I to mój główny zarzut do książki i autora. Skoro przenosi akcję na inny kontynent, gdzie możliwości jest znacznie więcej, mógłby trochę puścić wodze fantazji, wprowadzić więcej bohaterów a tym samym zapętlić wątek kryminalny.




Za dużo tutaj śmierci, za dużo trupów i rozkładu i ofiar. Końcówka jest makabryczna i wręcz niesmaczna. Brak w tej części wyrafinowania poprzednich pozycji,  brak silnego oddziaływania pojedynczej zbrodni, gdyż tych jest tutaj za dużo.
Czytało się dobrze i ciężko, ale pod koniec była już męcząca.

Raptem 5.5/10





środa, 25 czerwca 2014

Zapisane w Kościach - Simon Beckett

To druga książka tego autora, po którą sięgnęłam. Pierwsza, bestsellerowa "Chemia śmierci" niezbyt mnie przekonała, głównie dlatego, że domyśliłam się kto zabił sporo przed końcem. Autor, chyba ma problem z wątkiem kryminalnym, bo w przypadku tej pozycji, domyśliłam się tego już po przeczytaniu około 20% tej pozycji, ale i tak udało mu się mnie zaskoczyć pod koniec :)

 Po przeczytaniu "Stulecia detektywów" miałam ochotę na thriller medyczny, najlepiej z antropologiem sądowym albo patologiem jako głównym bohaterem. Cały cykl Tess Gerritsen już dawno za mną, cykl o patologach Robina Cooka jakoś mi nie pasował, chciałam czegoś europejskiego. Beckett pasował idealnie.

To co w "Zapisane w Kościach" jest najciekawsze, to klimat powieści. Wszystko toczy się na Hebrydach - wyspach położonych obok północno - zachodniego wybrzeża Szkocji. Zimnych, mało zaludnionych kawałków lądu, targanych sztormami z reliktami gaelickiego osadnictwa.
Akcja powieści toczy się na wyspie Runa. Wyspę zamieszkuje mała, zamknięta populacja w której wszyscy się znają. Z lądem, a raczej z większą wyspą Lewis istnieje tylko morskie połączenie - czy to prom czy prywatny jacht. Na wyspie są pozostałości dawnych cywilizacji i kultur jak kurhany, oraz trochę współczesnych opuszczonych chat. Pagórki, skały, deszcz i szare niebo. Do tego przeszywające zimno.

David Hunter, antropolog sądowy, którego znamy z poprzedniej książki, zostaje wysłany na Runę aby wyjaśnić dziwny przypadek. W starej opuszczonej chacie zostały znalezione prawie całkowicie spalone zwłoki - nietknięta jest tylko jedna dłoń i stopa, reszta to sczerniałe od ognia kości i proch.
Zwłoki przypominają ofiarę mitycznego samozapłonu, z czym nie może zgodzić się główny bohater. Po przeprowadzeniu serii badań znajduje dowód, że to ofiara morderstwa. Zostaje wezwana ekipa badawcza, ale niestety sztorm odcina w tym momencie wyspę od świata.

Bohater działa w polowych warunkach, walcząc z niesprzyjającą aurą oraz z mnożącymi się wypadkami. Zostaje znaleziona kolejna ofiara, tym razem całkiem nowa i lekarz oraz policjanci zdają sobie sprawę, że na wyspie jest morderca, którym może być każdy członek tej małej populacji.

Dalszy rozwój akcji i finał książki zdecydowanie zasługują na uwagę i to, aby ją przeczytać.
To udany, trzymający w napięciu thriller medyczny. Znacznie lepszy od pierwszej części.
7/10

wtorek, 24 czerwca 2014

Myszy i ludzie - John Steinbeck

Steinbeck jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Sięgając po jego książki, mam pewność, że nie będę zawiedziona. Myszy i ludzie, to jedna z najpopularniejszych pozycji tego autora.

Jest to bardzo krótka lektura, raptem 120 stron i całkiem spora czcionka. Krótka ale treściwa. Steinbeck wciąga czytelnika w przedstawiony świat, pozwala mu wejść i patrzeć na postaci z boku. Jego bohaterowie to prości ludzie, którzy mają swoje marzenia do których realizacji dążą, a chęć ich urzeczywistnienia nadaje ich życiu sens.
Bohaterowie są z natury dobrzy, natomiast życie popycha ich do czynów, które nie zawsze są zgodnie z ich charakterem.
To piękna opowieść, przesycona magicznym klimatem, o zaskakującym finale.

Mamy znowu skąpaną w słońcu Kalifornię, dwóch przemierzających te ziemię w poszukiwaniu pracy przyjaciół - obrotnego Georga oraz przygłupiego, lecz dobrodusznego Leniego, który w ogromnym i silnym ciele skrywa umysł dziecka.
George szuka spokoju i niezależności, a mimo tego jest przywiązany do Leniego, który sam nie poradziłby sobie w świecie. Prowadzi go i opiekuje się jak dzieckiem, besztając i wydajać rozkazy. Lenie szuka piękna, przyjaźni i miłości, żyje marzeniem o królikach. Jest jak bezbronne dziecko, które słucha poleceń, ale też przekornie się im przeciwstawia i nie jest w stanie racjonalnie myśleć w stresowych sytuacjach.
Autor perfidnie bawi się ich losem, ale robi to w sposób tak fascynujący, że trudno oderwać się od tego krótkiego dzieła. Całość robi wrażenie, odkrywamy metafory autora, ukryte przesłanie i drwinę z przewrotności ludzkiego losu.


Napisanie czegokolwiek więcej mogłoby zepsuć wam lekturę.
Zdecydowanie polecam! 8/10

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Stulecie Detektywów - Jurgen Thorwald

Współczesna kultura, a głównie seriale, filmy i książki przyzwyczaiły nas do poglądu, że w cywilizowanych społeczeństwach mało które morderstwo pozostaje niewykryte, a zbrodnia doskonała praktycznie nie istnieje. Odciski palców, badania DNA, antropologia sądowa, badania chemiczne próbek gleby i włókien, toksykologia, itp.. Jeśli tylko jest trup, to dookoła pojawia się sztab specjalistów od analizowania przeróżnych śladów i współpracujący z nim detektywi.
Jak to wygląda w rzeczywistości, to już osobny temat. Ostatnio zresztą poruszony przez Gazetę Wyborczą w artykule  " Koniec kryminalnych zagadek"

Faktem jest, że obecnie istnieje wiele sprawdzonych i powszechnie używanych metod i narzędzi służących do identyfikacji przestępców.
Ale nie zawsze tak było. Ten rozwój metod identyfikacji przestępców, rozkwit medycyny sądowej, odkrycia w toksykologii i wprowadzenie badań balistycznych opisuje Juergen Thorwald w swoim 700 stronicowym dziele podzielonym na cztery rozdziały, każdy o innej z gałęzi kryminalistyki.

Całościowo książka robi wrażenie. Jest to "monumentalne" dzieło, które wymagało wiele pracy związanej z gromadzeniem, studiowaniem, interpretacją a wreszcie dostosowaniem materiału źródłowego dla odbiorców, którzy nie są ekspertami w dziedzinie kryminalistyki.
"Stulecie detektywów" imponuje swą pojemnością, zakresem, formą a nawet sposobem przedstawienia treści. Twarde naukowe fakty przeplecione są z opisem historycznych zbrodni, który opis przypomina pasjonujący kryminał.
Autor prowadzi nas przez historię kryminalistyki, każde kolejne odkrycie ilustrując przykładem dawnej zbrodni, która została rozwiązana właśnie dzięki zastosowaniu opisanej nowinki.
Trzeba przyznać, że Pan Thorwald wykonał dobrą pracę, gdyż mimo nagromadzenia naukowych i historycznych faktów udało mu się stworzyć książkę, która nie nudzi, a wręcz momentami wciąga jak dobrze napisany thriller.

Książka dzieli się na cztery części:
Przygody z identyfikacją - w której opisywane są metody identyfikacji przestępców wprowadzony w XIX wieku. Głównie dwie - Bertillonage, czyli stosowanie pomiarów różnych części ciała do identyfikowania przestępców oraz odkrycie odcisków palców, a następnie historia ich mozolnego wprowadzania do użycia.
Obok suchych faktów, których tutaj jest całkiem sporo autor przedstawia parę prawdziwych historii kryminalnych, które zostały wyjaśnione dzięki użyciu przedstawionych metod identyfikacji.
W mojej opinii w tej części było za dużo danych historycznych, głównie związanych z kwestią czy wprowadzić metodę daktyloskopijną czy nie, oraz jak udowodnić, że to działa.
Najsłabsza część książki w mojej opinii - 6/10

Kamienie milowe medycyny sądowej - druga i najlepsza część książki. Pasjonujące sprawy kryminalne, dziwne śmierci i serie zgonów o niezbadanej przyczynie. Fascynujący opis rozwoju medycyny sądowej i poznawania kolejnych przyczyn śmierci. Mało suchych faktów, a dużo trzymających w napięciu historii i seryjnych morderców.
Czytało się bardzo szybko i z wielką przyjemnością.
Ta część 9/10

Drogi i bezdroża toksykologii sądowej - bardzo ciekawa część książki poświęcona różnego rodzaju truciznom i opracowaniu metod ich rozróżniania. Autor przedstawia rozwój toksykologii w oparciu o kolejne trucizny, jakie się pojawiają wraz z rozwojem przemysłu i cywilizacji. Dużo opisów zbrodni, ale też momentami nużących procesów sądowych oraz rywalizacji biegłych i ich monopolu na prawdę. Nagromadzenie suchych faktów i uparte drążenie kwestii wykrycia arszeniku sprawiają, że momentami czyta się ciężko i wręcz pomija pewne akapity.
Tutaj 8/10

Droga do balistyki sądowej - najkrótsza część. Parę ciekawych zbrodni, dosyć sporo faktów. Można dowiedzieć się czegoś na temat broni oraz metod identyfikacji kul.
Fajna, ale nie porywa. 7/10

Na pewno książkę warto przeczytać, chociażby dla opisanych w niej historycznych spraw kryminalnych. Niektóre są fascynujące, przypominają najlepszy kryminał i ukazują, jak ciężko było kiedyś udowodnić komuś zbrodnię.
Na pewno jest to pozycja obowiązkowa dla wszelkich miłośników kryminałów, gdyż po jej lekturze inaczej patrzy się na treść przedstawioną w książkach.

Całościowo zdecydowanie zasługuje na 8/10 i ocenę bardzo
dobrą.




poniedziałek, 9 czerwca 2014

Pan Lodowego Ogrodu - Jarosław Grzędowicz

Do Pana Lodowego Ogrodu miałam dwa podejścia.
Pierwsze skończyło się bardzo szybko. Wypożyczyłam książkę licząc na historię w klimacie Fantasy, natomiast na początek autor serwuje Science Fiction, z którym nie przepadam. Porzuciłam książkę po przeczytaniu kilku stron.
Ponowne podejście było niedawno, tym razem zakończone sukcesem :)

Po szeregu pozytywnych opinii na różnych portalach i forach, stwierdziłam, że książka jest warta tego, aby dać jej drugą szansę.
To inne spojrzenie na fantasy, wymieszane z sci-fi, a przez to dosyć zaskakujące.

Początek to czyste sci-fi. Główny bohater - Vuko Drakkainen siedzi w kapsule, która zaraz wyleci ze świata który zna - Europy w przyszłości, gdzieś zapewne druga połowa XXI wieku, albo później.
Bohater udaje się na nowo odkrytą planetę zwaną Midgaardem. Leci tam aby uratować naukowców, po których wszelki ślad zaginął,
Już po lądowaniu zaczynają się komplikacje. Planeta "niszczy" wszelkie bardziej zaawansowane technologie, sprawiając że mechanizmy komputerów nie działają.
Zacina się mechanizm samozniszczenia kapsuły, bohater ulega poparzeniu i ledwie uchodzi z życiem.
Vuko nie jest jednak normalnym człowiekiem. W jego mózgu jest symbiotyczny grzyb, zwany cyfralem, który sprawia, że bohater jest nadczłowiekiem z super celnością, prędkością, komputerem w głowie, znajomością wielu języków oraz specjalnym trybem bojowym.
Te wszystkie rozwiązania mają sprawić, że Vuko nie zginie na powierzchni planety i będzie miał szansę zrealizować swoją misię.

Dalej poznajemy "ludzi" zamieszkujących Midgaard, rządzące tym światem prawa przyrody oraz magię, która jest zupełnie niezrozumiała. Nasz bohater ma misję do wypełnienia i realizując ją przeżywa różne przygody i wplątuje się w szereg kłopotów.

Równolegle z historią Vuko autor opisuje nam życie i rozwój "Młodego Tygrysa", syna władcy kraju, który w całokształcie bardzo przypomina XVIII i XIX wieczne Chiny pod rządami dynastii Mandżurskiej. Ta część historii powieści podoba mi się bardziej, niż główny nurt historii.. Póki co, jeszcze nie wiem, jaki jest jej cel, gdyż autor w żaden sposób tych historii nie łączy.

Koniec książki jest dziwny, nawet bardzo. Autor zostawia czytelnika z nierozwikłaną zagadką pełną metaforycznych nawiązań do europejskiej sztuki późnego średniowiecza.

Zapewne kolejne części rzucą więcej świata na bohaterów ich przygody i świat przedstawiony.

Myślę, że sensownie jest oceniać "Pana lodowego ogrodu" pod kątem całości cyklu i po lekturze wszystkich tomów.
Po pierwszym mam mieszane uczucia i tak naprawdę nie wiem, gdzie to wszystko zmierza, do tego nie mam potrzeby sięgnięcia od razu po kolejne tomy, ale zapewne to zrobię, aby poznać całość tej historii.

6,5/10




Stulecie - Ken Follet

Kena Folleta znam przede wszystkim z monumentalnych Filarów Ziemi, które śniły mi się w nocy powodując lunatyczne przebudzenia i wyjaśnia...