niedziela, 31 sierpnia 2014

Podróże z Charleyem - John Steinbeck


 Podróże z Charleyem to powieść drogi, w której mamy wgląd w prywatne życie autora i jego opinie o spotkanych ludziach oraz obserwowanych wydarzeniach. Obnaża on przed czytelnikiem swoje ja, jako narratora. Nie skrywa się za swoimi postaciami, aby wypowiadać sądy, tylko wyraża własne zdanie. Nie jest to reportaż, tylko subiektywna obserwacja miejsc i ludzi.
To również świetna książka o przyjaźni między człowiekiem, a psem i sporym szacunku w stosunku do zwierzęcia, które jest kompanem podróży.

John Steinbeck wyrusza odmianą kampera, którą nazywa Rosynant, w hołdzie dla wierzchowca Don Kichote, oraz z francuskim pudlem - Charleyem w podróż przez Stany Zjednoczone. Jak sam twierdzi, w drogę pcha go chęć poznania na nowo kraju o którym pisze, gdyż jako odnoszący sukcesy autor, stracił kontakt z ludźmi i nie rozumie swoich współobywateli.
Droga wiedzie od Long Island, na północ wschodniego wybrzeża, a następnie północą USA na zachód, w dół przez Kalifornię i z powrotem na wschód, przez Teksas i Luizjanę, a stamtąd już szybko w kierunku Nowego Jorku.

Mimo ogromu przebytych kilometrów i wielu miesięcy w drodze, autor nie opisuje szczegółowo każdego dnia. Raczej wybiera zdarzenia i miejsca, które w jego opinii charakteryzują USA. W kraju o takiej powierzchni, różnorodność krajobrazów i klimatu ma wpływ na życie i światopogląd mieszkańców. Mimo jednego języka, polityki, mediów i kultury, są oni znacznie od siebie różni. Spokojna i stabilna północ, w której stare wartości są w cenie i zmagające się z wewnętrznymi bólami, niespokojne południe z nastrojem "przedrewolucyjnym".

Ameryka lat 60 to miejsce pełne kontrastów, targane niepokojami społecznymi, pogrążone w zimnej wojnie i konserwatywne. Każdy stan, stanowi osobne państwo, w którym ludzie mają inne problemy i inne poglądy na rzeczywistość.

Podróże z Charleyem mimo, że są lekturą ciekawą, nie zaliczają się do najlepszych dzieł Johna Steinbecka. Według ostatnich badań literaturoznawców, autor zamieścił w niej sporo literackiej fikcji oraz wydarzeń, które nie miały miejsca w rzeczywistości. Mimo próby ukazania różnorodności kulturowo-społecznej USA, książce brakuje głębi innych powieści autora, która skłaniałaby czytelnika do dalszych przemyśleń.

7/10

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Marek Krajewski - Władca liczb

Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam na stronie "Znaku", że już jesienią pojawi się nowa książka, jednego z moich ulubionych autorów. A jeszcze większy uśmiech na mojej twarzy wywołał mail z księgarni Woblink, że nowa ksiażka Pana Marka dostępna jest w formie ebooka, na około dwa tygodnie przed jej papierową premierą. Dodatkowo cena była bardzo atrakcyjna.

Zakupiłam z planem, że w ten weekend ją przeczytam. Z racji dodatkowych obowiązków, bałam się, że nie uda mi się tego zrobić. Ale okazało się, że na jej lekturę wystarczy pięć godzin czytania w średnim tempie - książka ma raptem 312 stron.

Napisana jest typowym dla autora pięknym językiem, ze sporą ilością wtrąceń z łaciny, użyciem lwowskiego dialektu, w dobrym styl, z ciekawie prowadzoną akcją.

Główny bohater, to znany czytelnikom Edward Popielski, mający już 70 lat, który po burzliwym okresie po wojnie, w 1956 roku osiągnął pewien spokój i stabilizację we Wrocławiu.
Mimo, że nie pracuje już jako detektyw, znajomy jego obecnego pracodawcy prosi go o pomoc, obiecując hojne honorarium. Popielski dostaje nowe zlecenie - ma udowodnić chorobę psychiczną brata hrabiego Zaranek-Plater - Eugeniusza, aby jego zleceniodawca mógł otrzymać drugą część spadku po rodzicach. W tym celu Popielski ma rozwiązać zagadkę trzech dziwnych samobójstw, które według Eugeniusza są dowodem na działanie demonicznego władcy liczb "Belmispara". Jeśli byłemu policjantowi, uda się udowodnić, że to wcale nie samobójstwa, wuj obu braci uzna chorobę Eugeniusza i przekaże resztę spadku jego bratu.

Śledztwo prowadzi przez podejrzany wrocławski światek, który po drodze zbiera parę przypadkowych ofiar, a w głównych bohaterze budzi spore wyrzuty sumienia. Podąża on śladami rzekomego demona, który ujawnia się, gdy zaistnieją pewne matematyczne okoliczności.
Akcja poprowadzona jest sprawnie i dobrze. Pojawiają się kolejne fakty i nitki, które prowadzą do dalszych zagadek, a następnie ich rozwiązania. Autor nie zostawia nam pola do domysłów, ujawniając całą intrygę na końcu książki.

Po przeczytaniu dochodzę do wniosku, że wszystko to już było. Tak jakby formuła powieści cyklu Wrocławsko - Lwowskiego powoli się wyczerpywała. "Władca liczb" nie wnosi do cyklu nic nowego, ani odkrywczego, wręcz wydaje się mieszaniną wątków, poruszanych już w poprzednich powieściach. Mamy tutaj zagadki matematyczne, chorobę psychiczną, demonologię, topielców, nawiązania do spirytyzmu, samotny czarny charakter, odosobnienie, przeszłość kładącą się cieniem na życiu bohaterów, tragedię dziecka, tajemnicze zaginięcia i jeszcze parę innych kwestii poruszanych w poprzednich książkach.
Sam Popielski, z racji podeszłego już wieku, jest również cieniem bohatera z poprzednich tomów. Brakuje mu pazura, a dawna zadziorność jest mocno wypierana przez rozwagę.

"Władca liczb" nie jest książką złą. Jest lekturą przyjemną, którą czyta się szybko i z dużym zainteresowaniem. Jednakże, jest już w moim odczuciu powielaniem pewnych schematów, przez co znacząco odstaje od pozostałych książek w cyklu i jest jednym z najsłabszych "tomów".

6/10



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Tajemna historia - Donna Tartt

O książce dowiedziałam się przypadkiem. Na portalu "lubimy czytać" pojawiła się wiadomość, że Pani Donna Tartt otrzymała w tym roku nagrodę Pulitzera za swoją nową powieść, w tym samym artykule autor nawiązał do niezwykłej popularności poprzedniej książki tej autorki "Tajemnej Historii". Zapoznałam się z entuzjastycznymi recenzjami, które nazywały książkę arcydziełem i postanowiłam sama sięgnąć po tą pozycję.

Wydaje mi się, że moje nastawienie było złe. Spodziewałam się genialnego i odkrywczego dzieła, napisanego w porywający sposób, które dostarczy mi wielu silnych wrażeń i zostawi bez słowa. Dostałam powieść jakich wiele, bardzo monotonną, z powolnym rozwojem akcji i przewidywalną historią. Opowieść o zblazowanej młodzieży, oderwanych od życia studentach filologii klasycznej na położonym w Vermoncie collegu Hampden.
Czas akcji to bliżej nieokreślona końcówka XX wieku, gdzieś lata 70/80.

Główny bohater to Richard Papen, pochodzący z Kalifornii młodzieniec, który nie ma więzi z miejscem pochodzenia ani swoimi rodzicami, nie wie co chce robić w życiu i zmienia co jakiś czas ścieżkę swojej edukacji. 
Richard otrzymuje stypendium collegu Hampden, położonego w Vermoncie, gdzie wszystko jest inne niż w Kalifornii.
Zamiast kontynuować naukę w kierunku literatury angielskiej, postanawia dostać się do elitarnej grupki studentów kontrowersyjnego wykładowcy filologii klasycznej, profesora Juliana. W tym celu obserwuje bacznie jego pozostałych studentów i przy okazji nawiązuje z nimi kontakt.

Jak możemy się łatwo domyślić, staje się częścią tej zblazowanej i oderwanej od rzeczywistości grupki. Pozostali studenci czyli bliźniacy Camila i Charles, Henry, Bunny oraz Francis to potomkowie bogatych rodzin, którzy żyją beztrosko, ubierając się w drogich sklepach i stołując w wykwintnych restauracjach.
Są zapatrzeni w profesora i zafascynowani sobą wzajemnie oraz martwym językim i kulturą.
Nikt z nich nie wzbudza specjalnej sympatii. Nikt nie sprawia wrażenia osoby, z którą chciałoby się zaprzyjaźnić.
Autorka zestawia z nimi normalnych studentów Hampden, w stosunku do których w mojej opinii jest nieuczciwa, gdyż podkreśla ich uzależnienia i zamiłowanie do przyziemnych rozrywek. To co u innych stanowi wadę, u studentów filologii klasycznej jest koniecznością, gdyż koresponduje z ich "oderwaniem od normalnego życia".

Grupa studentów Juliana żyje w innym świecie - nie wiedzą nawet, że ludzie stanęli na księżycu. Ich świat kręci się obok języka i kultury starożytnej Grecji, nadmiaru alkoholu i pseudofilozoficznych rozmów o życiu i jego sensie.

Jest to opowieść o morderstwie - od początku wiemy kto zabił i kogo zabił. W trakcie lektury poznajemy motyw zabójstwa i dalsze losy morderców. 
Akcja rozwija się powoli, wręcz jest momentami nudna. Autorka prawdopodobnie buduje napięcie, którego tak naprawdę się nie odczuwa. Postaci nie ewoluują, albo ich zmiana jest powolna i mało zauważalna.
Całość, chociaż napisana dobrym językiem, nie porywa. Czytając "Tajemną historię" nie miałam potrzeby sięgania po tę książkę w każdej wolnej chwili.
Zakończenie mnie zbytnio nie zaskoczyło. Momentami nawet się nudziłam, gdyż przez znaczną część nic się nie dzieje. Po skończeniu lektury nie miałam uczucia, że przeczytałam coś genialnego. Bardziej poczucie - już to gdzieś czytałam/widziałam/ słyszałam.

Spodziewałam się czegoś znacznie lepszego.
6/10

czwartek, 14 sierpnia 2014

Długi film o miłości - Jacek Hugo-Bader

Nigdy nie zrozumiem himalaistów. Ich pasji i wynikającego z niej pędu w góry za wszelką cenę - nawet za cenę życia partnera albo własnego. Nie zrozumiem tego masochizmu, doprowadzania się do granicy, byle wejść dalej, wyżej. Ryzykowania własnym życiem, tylko po to aby dopisać do swojej listy kolejny wierzchołek, aby stanąć na chwilę na szczycie, pstryknąć fotkę i znowu mozolnie schodzić ze stromej ściany.

Gdyby nie informacje w mediach, nie miałabym pojęcia o Broad Peak. Gdyby nie książka JHB nie wiedziałabym nic o polskim himalaizmie zimowym ani o lodowych wojownikach. Te wszystkie nazwiska, które poznałam po lekturze reportażu "Długi film o miłości" były mi wcześniej prawie zupełnie obce.
Nie interesowali mnie wspinacze, nie interesowały mnie wierzchołki, nie podziwiałam ich. Teraz wiem, co się dzieje w tym światku. Po lekturze reportażu jestem mądrzejsza o parę faktów, nazwisk, powodów dla których idzie się w górę i jak to robić, ale dalej tego nie rozumiem ani nie podziwiam.
Nie jestem i nigdy nie będę fanką zbytniego ryzyka i sportu, tak ekstremalnego, że co czwarty wspinacz traci życie.

Jacek Hugo-Bader przyzwyczaił mnie do swoich poprzednich reportaży. Do relacji z podróży po Rosji i byłych krajach ZSRR, do celnych opisów otaczających go ludzi i ich życia. Do opowieści o ludziach, z którymi mimo różnic kulturowych znalazł wspólny język.

Z tej książki wieje chłodem i wyobcowaniem. Autor traktowany jest jak piąte koło u wozu. Więcej wspólnych tematów ma z ludźmi z dalekiej Syberii niż z rodakami, z którymi trafił pod Broad Peak.  Jako reporter jest na tej wyprawie persona non grata. Jest wyobcowany, gdyż nie dzieli z pozostałymi członkami wyprawy ich światopoglądu i pasji. Śmie wątpić w cele i kwestionować zdanie lidera. Jest tutaj w opozycji, gdyż nie przeżywa personalnie tego co jego bohaterowie, co więcej śmie mieć własną opinię i rozmawiać z ich wrogami - czyli Krzysztofem Wielickim, Adamem Bieleckim i Arturem Hajzerem, którzy są postrzegani jako główni winowajcy tragedii, przez członków rodzin i znajomych Berbeki oraz Kowalskiego.
Autor przytacza również wypowiedzi z for internetowych i komentarze z blogów. Pokazuje te neutralne, ale też negatywne i pozytywne. Sam jest przy tym bezstronny, mimo, że jest pod Broad Peak z bliskimi dwóch tragicznie zmarłych himalaistów, nie przejmuje ich światopoglądu i pozwala sobie na szersze pole widzenia. Widzi rysy na idealnym wizerunku.

Długi film o miłośći, to też książka o nas, jako narodzie, który mimo, że kogoś nie zna, ani nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji pozwala sobie na osąd, często zaciekły i pełny jadu, jakim pluje na anonimowych forach internetowych, kryty pod nic niemówiącym nickiem. To opowieść o ludziach, których pasja doprowadziła do śmierci. O ludziach fascynujących, a zarazem zaślepionych. To film o miłości do gór i wspinaczki. Książka o mocnych charakterach i błędnych decyzjach.

To zdecydowanie reportaż, który daje do myślenia. Pozwala wyrobić sobie własne zdanie. Skłania do sięgnięcia po więcej materiałów i nawet parę tygodniu po skończeniu lektury, dalej stanowi dobry temat w rozmowach ze znajomymi.

Niektórzy zarzucają Panu JHB, że w tej książce poszedł na łatwiznę. Że nie skupił się na temacie i wrzucił komentarze z for internetowych, aby wypełnić miejsce. Ja go podziwiam. W tym wieku pojechał w wysokie góry i wrócił z nich. Mimo niechęci swoich "obiektów badawczych" stworzył książkę, która długo dostarcza tematów do rozmów i zmusza do myślenia, oraz wyrobienia sobie własnego zdania.

Czytało mi się ją bardzo przyjemnie. Dostarczyła mi ona dużo informacji, wywołała wiele przemyśleń i rzuciła dużo światła na temat, który do tej pory był mi prawie zupełnie obcy.

8/10

Philip K. Dick - Człowiek z wysokiego zamku

"Człowiek z wysokiego zamku" to alternatywna wersja historii świata w którym wojnę wygrała Trzecia Rzesza i państwa Osi . Europ...