poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Kate Morton - Dom nad jeziorem

O Kate Morton i jej książkach sporo czytałam na odwiedzanym często forum o książkach. Jej nazwisko przewijało się co parę stron i w większości towarzyszyły mu zachwyty czytelników. Ostatecznie do tego, aby sięgnąć po "Dom nad jeziorem" przekonało mnie jeszcze anglojęzyczne zestawienie najlepszych książek na lato. Bo gdy jest ciepło i przyjemnie nie ma się ochoty na jakieś męczące powieści.

"Dom nad jeziorem" to historia rodziny z wielką tajemnicą w tle. Jedną z głównych postaci jest Alice Edevane, w czasach współczesnych pełna energii 80 latka, uznana autorka kryminałów. Poznajemy ją jednak jako młodą dziewczynę, zakochaną w ogrodniku i myślącą tylko o czekającym ją spotkaniu w trakcie przyjęcia z okazji nocy świętojańskiej. Tej nocy, 1933 roku znika brat Alice - Theo Edevane. Mimo szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej dziecko nie zostaje odnalezione, a rodzina Edevane opuszcza posiadłość i przenosi się do Londynu. Alice przez ponad 60 lat nie wraca do ukochanego domu nad jeziorem, gdyż wini siebie za wydarzenia tamtego wieczoru. To historia, której nie chce poruszyć, gdyż brzemię z nią związane jest za ciężkie, jednakże ze względu na dociekliwość współczesnej Pani detektyw spędzającej urlop w Kornwalii, jest do tego zmuszona. Po prawie 70 latach Alice pozna wielką rodzinną tajemnicę.

Drugą bohaterką jest Sadie Sparrow - detektyw, która z powodu kontaktu z prasą i nadgorliwości w prowadzonym śledztwie porzucenia małej dziewczynki, zmuszona jest do urlopu i wyjazdu z Londynu, aby nie zostać odsuniętą od służby. Przebywając w domu dziadka stara się zagłuszyć własne wyrzuty sumienia i tajemnicę pracując nad sprawą z początków poprzedniego wieku.

Opowiedziana w książce historia obejmuje ponad 100 lat. Pokazuje początek XX wieku, pierwszą i drugą Wojnę Światową oraz współczesność.
Zawiera w sobie sporo tajemnic i pojawiających się w trakcie śledztwa nowych pytań. Kilka razy autorka prowadzi czytelnika na manowce dedukcji naprowadzając go na możliwe rozwiązanie, aby później je zupełnie odwrócić. Historii kryminalnych jest więcej. Nie tylko główne bohaterki mają swoje tajemnice, ale również inne postaci. Są dwa wątki kryminalne związane z zaginionym i porzuconym dzieckiem, które zostają rozwiązane.
Autorka w magiczny sposób opisuje miejsca i lokalizacje, pozwalając czytelnikowi zatopić się w opowieść i wyobrazić piękny dom nad jeziorem, przyjęcie z okazji nocy świętojańskiej jak i współczesne lasy.

Powieść czyta się bardzo dobrze. Przypominała mi "Dom sióstr" Charlotte Link. Wszystko byłoby super, gdyby nie zakończenie, które uważam za najsłabszy element książki. Tak jakby ta ciekawa i intrygująca historia, którą autorka rozwija przez całą książkę, nagle jej się znudziła i postanowiła ją na szybko uciąć.

Chętnie sięgnę po pozostałe książki tej autorki.
3/5

PS. Mam nadzieję, że ktoś zekranizuje tę powieść. Piękny film by był :)

niedziela, 21 sierpnia 2016

Anna Sulińska - Wniebowzięte

Gdy tylko zobaczyłam tą pozycję w zapowiedziach wydawnictwa Czarne wiedziałam, że kupię ją od razu po premierze i też od razu przeczytam. PRL wywołuje we mnie uczucia pewnej nostalgii i tęsknoty za wielkim światem zachodu, tak niedostępnym w latach 80-tych. Samoloty fascynowały mnie wtedy, jako coś niedostępnego dla zwykłego czytelnika, a dziś po prostu lubię latać.

Gdy byłam dzieckiem wyjazdy na zachód i rzeczy, jak również historie stamtąd przywożone były jak powiew dalekiego, kolorowego świata w smutnej i szarej polskiej rzeczywistości. Elitarność lotów samolotem była podkreślona nie tylko trudnością w zdobyciu paszportu i dewiz, ale również serwisem pokładowym, o którym obecnie nawet w liniach Star Alliance można tylko pomarzyć.
Ta książka pozwala poczuć klimat tamtych czasów i podróży.

"Wniebowzięte" to reportaż dobrze i ciekawie napisany. Czyta się go szybko i przyjemnie. Są fragmenty nużące - szczególnie na początku, dotyczące powstania lotu i powolnej reaktywacji po wojnie, oraz przerażające jak tragiczny lot w 1980 roku, gdy około 900 m od Okęcia rozbił się samolot wiozący między innymi Annę Jantar. 

Wniebowzięte to historia kobiet, które dostały możliwość zwiedzenia świata i zobaczenia czegoś, o czym większość rodaków w latach głębokiego PRL mogła tylko pomarzyć. Historia opowiedziana przez same stewardesy, ich znajomych albo poskładana z różnych urywków innych historii.
Stewardesy w PRL traktowany były jak gwiazdy.  Nie tylko dane było im zwiedzać inne kultury, ale też spróbować wykwintnego jedzenia niedostępnego dla zwykłych obywateli. To historia roli stewardesy, egzaminów na to stanowisko jak i historia szkolnictwa w czasach PRL. To też opowieści dziewczyn i pilotów, o niebezpiecznych lotach, szalonych przygodach a także różnego rodzaju akcjach przemytniczych, które pozwalały dorobić do kiepskiej pensji. 

Reportaż przedstawia również rozwój lotnictwa cywilnego w Polsce. Zmiany w zakresie tras, obsługi na pokładzie czy samolotów jakimi się latało. Dowiedziałam się, że jeszcze w latach 80-tych rosyjskie Iły pilotowało 5 osób - dwaj piloci, radiooperator, technik pokładowy oraz nawigator. 
Szczególnie historia awaryjnych i niebezpiecznych Ił-62, z których dwa rozbiły się na początku lat 80-tych napawa współczesnego czytelnika przerażeniem - mimo świadomości słabych stron tych maszyn LOT był zmuszony je kupić i wykorzystywać, gdyż wielki brat ze wschodu nie dawał innych możliwości.
Książka ilustrowana jest fotografiami z tamtych czasów, dzięki którym widzimy jak zmieniały się mundury i wnętrza maszyn.

Zdecydowanie polecam 4/5

piątek, 12 sierpnia 2016

Nora Roberts - Noc na bagnach w Luizjanie


Klimat Luizjany, bagien i Nowego Orleanu to coś co kojarzy mi się pozytywnie. Głównie z filmami i opowieściami o wampirach jak Wywiad z Wampirem, True Blood, ale też bardzo klimatycznym serialem -  Detektyw.


Duszna atmosfera, bagienne wyziewy, bujne nocne życie na moczarach i pozostałości plantacji bawełny. Idealna lokalizacja, aby umieścić w niej opowieść z elementami paranormalnymi. Takiego czegoś spodziewałam się sięgając po "Noc na bagnach Luizjany" Nory Roberts. Współczesnej opowieści o duchach, która wciągnie gdyż pozwoli odkrywać zagadkę krok po kroku.
No i niestety właśnie taka ta książka nie jest...

Zaczyna się z przytupem. Noc na przełomie XIX i XX wieku, w domu na dawnej plantacji budzi się młoda matka i żona dziedzica rodzina aby nakarmić swoją córeczkę. Wie, że nie jest tolerowana przez swoich teściów, gdyż była poprzednio pokojówką, a brat bliźniak jej męża niejednokrotnie ją molestował. Ta noc będzie ostatnią w życiu bohaterki, gdyż zostanie zgwałcona i zamordowana przez szwagra, a cała sprawa zostanie zatuszowana przez mordercę i jego matkę. Wątek kryminalny, który mógłby nadać książce napięcia zostaje wyczerpany już w pierwszym rozdziale.

Później następuje wolta w XXI wiek i starą posiadłość kupuje  prawnik z Bostonu, którego konto nie ma dna, a talenty końca. Jest młody, przystojny, wspaniale zbudowany i inteligentny. Do tego ma wspaniały charakter, jest czarujący, empatyczny, prezenty wybiera zawsze sam, wręcza je zawsze pięknie opakowane po czym okazuje się, że zawsze są trafione. Zdolniacha z niego, gdyż ma świetne poczucie estetyki i dwie złote rączki, a na dodatek jest nieziemskim kochankiem.... Ech za dużo tego. Takiego właśnie autorka tworzy Declana Fitzgeralda. Postać tak idealną, że mogłaby trafić do gabloty w muzeum.

Declan jak się okazuje widzi w swoim nowym domu duchy osób, które związane były z przedstawionym na początku morderstwem. Remontuje sobie ten dom powoli, kupując meble w sklepach z antykami jak kobieta buty, nie boi się trzaskających drzwi, dziwnych zjawisk, a na dodatek zakochuje się w potomkini poprzednich właścicieli domu.
Kobietę zdobywa powoli, ale metodycznie. Jest idealnym partnerem, który po całym wieczorze pomagania jej w barze nie uprawia z nią seksu, tylko zanosi do łóżka i robi masaż stóp. 
Lukier i wymioty tęczą...

Nie lubię zbytniego idealizowania. Nie przeszkadzałoby mi, gdyby historia sama w sobie się obroniła, a niestety tak nie jest. Wątki się rozmywają, pojawia się kilka innych, które wciśnięte są na siłę, gdyż nic nie wnoszą i bez nich akcja potoczyła by się tak samo. Duchy nie mają polotu i straszą, bez bycia strasznymi.

Słabo. Erotyczne romansidło z aspiracjami do prozy z dreszczykiem.
1,5/5

sobota, 6 sierpnia 2016

Nicholas Sparks - Pamiętnik - czyli jak uznałam Greya i Coehlo za arcydzieła

Tak, tytuł tego posta jest całkiem na serio.
Kupiłam "Pamiętnik" Sparksa gdyż estetyczne wydanie ukazało się w serii dostępnej w kioskach. Stwierdziłam, co mi szkodzi. Książka w twardej okładce, do tego z wprawdzie bardzo niskich lotów miesięcznikiem za 7 zł, nie pożałuję. Tym bardziej, że oglądałam kiedyś film i chyba nawet mi się podobał.

Pożałowałam. Zmarnowałam kilka cennych godzin życia, z głupiego powodu jakim jest przekonanie, że książek, a tym bardziej kupionych się nie porzuca.

To grafomania z historią prostą jak budowa cepa w najlepszym wydaniu.
Gdybym nie widziała filmu domyśliłabym się całego rozwoju wątku miłosnego od początku.
Uczucia przedstawione w tej książce są płytkie, postaci bez charakteru a historia nudna.

Nie warto.
Lepiej obejrzeć film.

Naciągane! 1/5